Na .esiątku staram się pisać wyłącznie na pozytywne tematy i bardzo rzadko cokolwiek i kogokolwiek krytykuję, ale w ciągu dwóch dni zaliczyłem dwie wpadki kawiarniano-restauracyjne i pomyślałem, że na ten temat będzie idealny na weekendową dyskusję.


PURE SKY CLUB - nie polecam.

W czwartek po konferencji GG udaliśmy się na obiad do „ekskluzywnego” Pure Sky Club. Nie jestem pieniaczem, nie czepiam się kelnerów popełniających błędy, nie grymaszę, gdy przeszkadzają mi w jedzeniu pytając „czy smakuje”.  Nie lubię ludzi, którzy w restauracji obsługę traktują jak niewolników. To buractwo. A tutaj już na wstępie zaleciało buractwem. Tyle że ze strony obsługi.
Wchodzisz sobie do klubu i na przywitanie krzywe spojrzenie „jak pan się ubrał?”. Oczekiwali zapewne garniturów, ale gdyby nie byli burakami, wiedzieliby, że na konferencje prasowe przychodzi się w codziennym stroju. Ja miałem na sobie brązowe buty, dżinsy, koszulkę i zapinaną bluzę.
Obsługa klubu powinna to wiedzieć albo zmienić fach.
Na dzień dobry zabrano mi kawę kupioną na dole w Coffee Heaven No dobrze, niech będzie, że z kawą nie można wchodzić. W szatni nie było wystarczająco dużo miejsc na okrycia wierzchnie i trzeba było „ekskluzywnie” zawieszać kurtkę na innej kurtce.

 

Przyszedł czas na obiad.
20 minut oczekiwania na kelnerki. Kiedy w końcu przyszły, przeciskały się między krzesłami, bo ktoś tam nie pomyślał, że jak się robi obiad na 30 osób, to wypada ich tak usadowić, aby nie musieli ściskać się.
Następnie 20 minut oczekiwania na pierwsze danie. Ja wziąłem rosół.

Na zdjęciu nie dość dokładnie widać, ale ten makaron (całkowicie bez smaku) to była jedna zbita masa. Ktoś po prostu wyjął go z lodówki, wziął garść zimnego i po prostu wrzucił do talerza. Sam rosół po prostu beznadziejny. Nie zdobyłem się nawet na uprzejmość i nie zjadłem go. Duży plus dla kelnerki, która biorąc talerz wprost stwierdziła z uśmiechem „nie smakował panu”. Uprzejmie poinformowałem, że faktycznie, jadałem lepsze.

 

 

Na drugie zamówiłem łososia z ziemniaczkami w jakimś tam sosie(niestety nie pamiętam nazwy).


Podano go w głębokim talerzu, co prawdopodobnie jest nowym zwyczajem w luksusowych restauracjach, bo mimo że łososie jadałem już w wielu miejscach, to pierwszy raz w czymś takim. Ryba nie była świeża. Smakowała jakby po rozmrożeniu zbyt długo leżała w ciepłym miejscu poza lodówką. 
Ziemniaki smaczne ale smakowały jak odgrzewane, co tylko dopełniło czarę goryczy.

Pure Sky Club to może i jest ekskluzywne miejsce, ale niewygodne i z jedzeniem rodem z chińskiej budki i nie jest to tylko moja opinia. Pozostali goście też byli zawiedzeni potrawami. Kelnerek się nie czepiam, choć i do nich były zastrzeżenia. To jednak drobiazgi.
Stanowczo odradzam tam organizowanie obiadów. W porównaniu z opisywaną przeze mnie parę tygodni temu kuchnAtelier Amaro to niebo a ziemia. Dosłownie, bo Pure Sky Club mieści się na 22 piętrze, w kompleksie Złotych Tarasów.

 

GREEN COFFEE na Marszałkowskiej.

A wczoraj szedłem do znajomych na partyjkę Scrabble i po drodze wstąpiłem do Green Coffee przy Marszałkowskiej. Lubię to miejsce, mają znośną cappuccino, wybitnie smaczne ciastka z migdałami i doskonały tort czekoladowy.
Zamówiłem latte z podwójnym espresso. Pani nie dosłyszała, że prosiłem na wynos i otrzymałem w szklance. Zdarza się. Żaden problem. Grzecznie upomniałem, że zamawiałem kawę na wynos. Pani równie grzecznie skinęła głową i oddała szklankę bariście.
Co zrobił barista?
Wziął szklankę, wział papierowy kubek i całe latte po prostu przelał do kubka, niechcący oblewając się resztkami piany.
Po czym podał mi kubek.
Spojrzałem na niego nie wierząc, że to się dzieje naprawdę. Odruchowo sięgałem już po telefon, aby uwiecznić ten moment, ale wycofałem się i już mniej grzecznym tonem powiedziałem, że takie latte może sam sobie wypić, a mnie ma zrobić nowe. Przez chwilę stał, jakby nie wiedząc, co on, biedny, ma teraz zrobić z kubkiem.
Kawę otrzymałem po chwili. Oczywiście z pojedynczym espresso, ale odpuściłem i milcząco wyszedłem z lokalu.
Z ciekawości wszedłem na ich stronę internetową:


Mistrzowie… przelewania.

Jeśli będziecie pisali swoje przygody z restauracjami i kawiarniami, to zwracajcie uwagę, by podawać pełną nazwę miejsca. Google lubi komentarze na moim blogu.

 

Twój komentarz zostanie skasowany, a twoje konto zablokowane, jeśli jesteś w jakimkolwiek stopniu hejterski, wulgarny, czepialski, pesymistycznie nastawiony do życia i ludzi, zarzucasz mi kryptoreklamę, krytykujesz mnie lub widoczna jest nazwa twojej strony. Wstęp tylko dla ludzi przyjaznych, uśmiechniętych i kulturalnych.

  • http://krzysiekhum.tumblr.com Krzysiek

    Kiedyś byliśmy z moją byłą w pewnej włoskiej knajpie (Restauracja Włoska w Raciborzu). Ja zamówiłem chyba tortellini, a dziewczyna lasagne. To co otrzymała przerosło moje najszczersze oczekiwania. Nie dość, że samo danie smakowało gorzej niż gotowa lasagne z Lidla, to cała była w jakimś „pseudososie”. Podziwiam ją za to, że chociaż zjadła połowę, ja bym chyba nie dał rady.

    Od tego czasu nie odwiedziłem tego miejsca i nie zanosi się na to :)

  • Kasia Głowacka

    wczoraj zamawiałam jedzenie z Orient Expressu (Toruń). Sajgonki i cielęcinę w pięciu smakach otrzymaliśmy, ale kierowca pomylił zamówienia i zamiast wołowiny dostaliśmy coś innego. Zorientowaliśmy się po otwarciu opakowań- tak więc wychodzi na to, że otworzyliśmy zestaw innego klienta :) wyjaśniliśmy sprawę z dostawcą, dostaliśmy zwrot pieniędzy za nie dostarczoną wołowinę. Jedzenie mają dobre, ale w cielęcinie mi czegoś brakowało. I trudno było się najeść we dwie osoby jednym zestawem :)

  • Gadzinisko

    Kiedyś kupowałem kawę na wynos we W Biegu Caffe. Kawa za 5 zł to jednak coś dla studenta. Ale od kiedy panienka w nieistniejącym już lokalu na Nowym Świecie przygotowała mi latte w sposób odwrotny (najpierw napełniła kubek spienionym mlekiem, a potem wlała 2 espresso), to już nigdy tam nie zawitałem. Nie wymagam cudów za 5 zł, ale jeśli ktoś się nazywa baristą, to są jakieś przykazania Sztuki.

    Zresztą nie jestem w stanie również chodzić do Coffee Heaven. Tylko tam kupiłem cappuccino, które nie miało smaku kawy.

    • Marta Em

      Właśnie dowiedziałam się, że całe życie źle przyrządzałam latte. Dobrze, że przynajmniej nigdy nawet nie próbowałam nazwać się baristą ;) Możesz podrzucić jakiś link na ten temat, bo google mi nic nie podsuwa?

      • kominek

        To jest proste do zapamiętania.

        Caffe Latte – do espresso dodaje się spienione mleko.
        Cappuccino – do spienionego mleka wlewa się espresso.
        Jest jeszcze Caffe latte Macchiato – podawać w szklance do spienionego mleka wlewa się powoli espresso, aby zrobiły się trzy warstwy o różnej kolorystyce.

        • Gadzinisko

          Też się trochę mylisz, Kominku.

          Cappuccino robi się też zalewając espresso mlekiem. Zresztą do końca nie jest ustalone czym się cappuccino różni od caffelatte. Głównie chyba ilością mleka (caffelatte – więcej).

        • gola_pionierka

          Niee, coś jeszcze z odległych czasów, gdy byłam barristką pamiętam i zdecydowanie latte robi się wlewając espresso do mleka. W latte zawsze powinny być trzy warstwy: mleko-kawa-pianka. W late macchiato po prostu dokłada się jeszcze więcej piany. A cappuccino robi się dolewając mleko do espresso. Zrób może kiedyś konkurs „Kawa dla Kominka”:)

        • Who_is_your_daddy

          Nie jestem profesjonalistą, ale gdy pracowałem w restauracji mieliśmy stawki na stół z Lavazzy. Według zdjęć latte to po prostu espresso z dużą ilością mleka i pianką. 2 warstwy – kawa z mlekiem + pianka.

          Latte macchiato to 3 warstwy.
          Mój sposób przygotowania:
          1. podgrzać i spienić mleko w ekspresie
          2. Naczyniem z gorącym mlekiem lekko stukać w blat i robić „kółka” w powietrzu. W ten sposób zbijamy bąble powietrza i powstaje gęsta piana (robi się sztywniejsza i nie opada)
          3. „Szarpanymi” ruchami ręki wlewamy mleko do szklanki, zrzucając przy okazji pianę
          4. Przygotowane espresso wlewamy do mleka. Z góry, z wysokości 5-10 cm. Jeśli mleko jest dobrze przygotowane i piana dobrze ubita (tzn. nie ma bąbelków powietrza), kawa nie powinna się zmieszać z mlekiem.
          5. czarną kropkę na piance, spowodowaną wlewaniem kawy, przykrywamy odrobiną pozostałej piany.

          Voila ;)
          Podejrzewam, że profesjonaliści robią to inaczej. Mi ten sposób pokazał dostawca z Lavazzy, bo wcześniej miałem wielkie problemy. Tym sposobem wychodzi w 95% przypadków ;)

          Moje stare dzieło:
          http://www.stooorage.com/show/1080/5658307_zdjecie216.jpg

          PS. Wiem, że podane ciulowa i z posypką do lodów na górze. Ale ta kawa akurat była dla mnie ;)

      • Izabela Rendaszka

        Kominek uczy:))

        • Leonia

          latte- espresso i spienione (ale nie za bardzo!) mleko,
          cappuccino- espresso i bardzo spienione mleko,
          latte macchiato- najpierw mleko (spienione bardziej niż na zwykłe latte ale mniej od cappuccino), potem delikatnie espresso.

          jeżeli ktoś zamówi latte lub cappuccino i kawa zostanie zrobiona w złej kolejności to tragedii nie ma, ale od latte macchiato kolejności się jednak wymaga.

          i tyle na temat.

    • Lena

      Spytam z ciekawości, co cię uraziło w tym sposobie robienia latte macchiato? Pierwsze słyszę, żeby najpierw wlać espresso a potem mleko… Jak wtedy powstaną owe trzy piękne warstwy?

      I tak dla ścisłości – jak zamówisz latte we Włoszech, to możesz się spodziewać szklanki mleka, bo latte to tylko mleko…

      • kominek

        Nie pisał o macchiato.

      • Gadzinisko

        Wybacz nieporozumienie.

        Zamówiłem caffe latte (to po włosku, w innym językach: caffee au lait, caffee con leche). Czyli powinno się zrobić espresso, a potem odpowiednio zręcznie zalać spienionym mlekiem, żeby odpowiednio się zmieszało, w rezultacie otrzymujemy warstwę kawy z mlekiem z pianą na wierzchu.

        To, o czym ty mówisz (3 warstwy) to latte macchiato (dosł „splamione mleko”, nie mylić z espresso macchiato, czyli kawą „splamioną” odrobiną mleka). Jednak, tak jak mi panienka zrobiła to też by nie powstało, bo z doświadczenia wiem, że w latte macchiato kawę należy wlewać powoli, żeby się nie zmieszała, a to było wlane tak „chlust”.

        Mam nadzieję, że sprostowałem.

        • Lena

          I nastała jasność :-)
          Dziękuję za wyjaśnienie.

        • gola_pionierka

          Hmm, w kawiarni, w której pracowałam (nieistniejąca już sieciówka) cafe au lait i cafe latte to były osobne pozycje w menu. Au lait rzeczywiście była kawą wymieszaną z mlekiem, ale latte miało paski. I uczyli mnie właśnie wlewania espresso jednym szybkim ruchem – jak mleko miało dobrą temperaturę i było odpowiednio spienione to wychodziły właśnie warstwy.

        • Dag

          http://en.wikipedia.org/wiki/Caff%C3%A8_macchiato
          http://en.wikipedia.org/wiki/Cafe_latte

          na wiki pomieszanie z poplątaniem ;)

          Mnie w każdym razie zawsze uczono, że macchiato to kawa z „plamką” pianki mlecznej, a latte ma 3 warstwy.

    • Justyna Treścińska

      Wlewając najpierw gorące spienione mleko, a po chwili espresso, mleko oddziela się od kawy i wtedy mamy pięterko białe, brązowe i piankę. Gdyby nalać odwrotnie, to kawa byłaby po prostu białą kawą. Serio serio.

    • Paula Białczyk

      Mi się takie capuccino zdarzyło tylko w gdańskim Starbucksie, od tego czasu omijam.

  • Monika Kamińska

    Jak Pure Sky Club jest tak samo ekskluzywny jak siłownia Pure podobno Platinium Złote Tarasy, to ja się nie dziwie. Najgorsza siłownia świata musi mieć obok najgorsze jedzenie świata. Pure w ogóle ma jakiś kompleks udawania prestiżowego miejsca, a jest tam syf, zniszczone sprzęty i najgorsza na świecie obsługa, wiec w sumie relacja z obiadu mnie nie zdziwiła.
    Z moich anty hitów, to już nieistniejący Green Way na placu bankowym. Zamówiłam kiedyś naleśnika z owocami, ale pani się pomyliło i zaczęła nakładać szpinak. Nie wiedziała, że obserwuję całą akcję, więc zeskrobała szybko szpinak i włożyła owoce. Grzecznie wzięłam talerzy, rozgrzebałam naleśnika, ukazał się szpinak i oddałam jej niezbyt miłej kierowniczce.
    Poza tym najpaskudniejsze jedzenie na świecie jest oczywiście w Sphinxie, a już pizza to dramat totalny. Do końca życia będę mnie zadziwiać ludzie, którzy chodzą tam jeść. To już chyba lepiej kupić bułkę i kefir w spożywczym.

    • http://bolshevikporn.digart.pl/ Karolina Pomorska

      Byłam raz w siłowni Pure w Łodzi i też miałam takie odczucia. Chcieliby być prestiżowi, ceny z kosmosu, nie adekwatne do miejsca. A obsługi wolę nawet nie wspominać – krzyczenie na pracownika przy klientach jest dla mnie niedopuszczalne.

    • kate_alice

      sphinx był pierwszą restauracją w jakiejkolwiek byłam gdy miałam mniej niż 10 lat i wspominam dobrze tamtą pizzę, no ale pewnie czasy się zmieniły, bo od tego czasu tam nie byłam

    • Monika Drzewiecka

      Bo Pure to nie siłownia&fitness, tylko sklep, w którym sprzedaje się treningi indywidualne. ‚Przepraszam, czy mógłby mi pan pokazać jak ćwiczyć na tej maszynie?’ ‚Bardzo chętnie, jeśli tylko wykupi pan/pani pakiet treningów interpersonalnych.” True story.

  • ewelina

    miałam kiedyś podobną sytuacje w coffee haven, miła pani również przelała mi kawe z szklanki do kubka jednak nic nie mówiąc wziełam ją ponieważ obiawiałam się, że bede zmuszona płacić ponownie. jak to jest w takich przypadkach? czy jeśli poprosimy o zrobienie nowej kawy w kubku to obsługa ma prawo prosić o ponowną zapłatę czy nie?

    • kominek

      To jest niepisane prawo, ale w takich przypadkach postępuje się zgodnie z wolą klienta.
      Podobnie jest w fast foodach. Jeśli nie dostaniesz gorących frytek, nie powinni robić problemu z wymianą. Dla nich to żaden koszt.

      • http://opiwie.wordpress.com baania

        Za pomyłkę często dostaje się jeszcze jakiś gratis lub większą porcję, żeby nie było niepotrzebnej afery.

      • kate_alice

        ja bym się chyba w życiu nie odważyła, bo mam wygląd małolaty z którą się nikt nie liczy, i nawet jak stanowczo mówię, że coś mi się nie podoba, to widzę tylko ironiczne uśmiechy

        • niktwazny

          jak się ironicznie uśmiechają zawsze możesz oduśmiechnąć się ironicznieii wyjść nie czekając na poprawione zamówienie – mieli szansę za 1 razem ;)

          • kate_alice

            tak robię, tylko że mam potem łzy w oczach przez pół godziny i nerwy w strzępkach potem cały dzień, i nic się na to nie da poradzić

    • kuzu

      Jest to bardziej polityka wewnętrzna firmy, standardów obsługi klienta. Zgodnie z zasadą 1 zadowolony klient zachęci 2 kolejnych. jeden niezadowolony zniechęci 10 potencjalnych.
      kiedyś byłem w makdonaldzie i niosąc tackę z zestawem spadła mi kola na ziemię. Jeszce nie zdążyłem nic powiedzieć a już otrzymałem nową kolę. Oczywiście nic nie płaciłem.

    • gola_pionierka

      Jeżeli zamówiłaś w kubku na wynos, a dostałaś w szklance, to mają obowiązek zrobić Ci nową kawę zgodną z zamówieniem. Jeśli po prostu zmieniłaś zdanie, że chcesz mieć kawę na wynos to jest to dobra wola obsługi – w dobrych lokalach nie robią problemów, bo liczy się klient.

  • spanish inquisition

    ja nic nie mówię, ale nawet moja schorowana, niedowidząca, 80-paroletnia babcia podaje ładniej wyglądającego łososia… straszne.

  • Karol Janson Żaczek

    Jakich restauracji unikać? Takich, w których kelnerka nie ma nawet czasu zemną poflirtować.

    • kominek

      Niezbyt podoba mi się poziom twoich komentarzy. Nie tylko pod tym tekstem. W ramach możliwości popracuj nad tym.

      • Karol Janson Żaczek

        Yes my master.

  • Joanna Dunaj

    ten losos … zupa jednorybna po odcedzeniu? zachowania obslugi nie skomentuje, bo mieszane uczucia (niedowierzanie/rozbawienie/zniesmaczenie/wkurzenie/obawa – mnie tez to spotka!) nie pozwalaja ubrac tego w odpowiednie slowa;

  • kaleidoscope_eyes

    Restauracja Buffo- mam sentyment do tej restauracji. Jest tam przepyszne jedzenie, nie wszystko, bo nie znam restauracji w ktorej wszystko byłoby dobre, ale w buffo najlepsza jest sałatka z krewetkami tygrysimi i awokado, kaczke tez robią dobrą, racuchy są takie prawdziwe, domowe. I tam (nie licząc baru w mariocie) pilam najlepsze mojito w życiu. Do Tego Obsługa jest przesympatyczna.
    Przeciwieństwem jest trattoria Rucola(na ul. Francuskiej- jest jeszcze na Midowej, ale tam nie byłam)- kompletna pomyłka. Włoskie bistro, bo restauracja nie mozna tego nazwać, które z Włochami ma niewiele wspólnego. Zanim tam poszłam, przeczytałam wiele recenzji, większość była bardo pozytywna, dlatego poszłam tam z pozytywnym nastawieniem, ale wyszłam z negatywnym. Gdybym miała tam wrócić to tylko na desery- bo są bardzo dobre. Ale nic poza tym- a ceny z kosmosu, za podróbke gnocchi z tragicznie małą ilością sosu(prosiłam 2 razy o dokładkę sosu bo podają go tak mało) zapłaciłam 35zl. Niby nie duzo, ale jak za danie po którym bolał mnie cały wieczór brzuch to przegięcie.

    • Monika Kamińska

      Ja byłam na Miodowej – obsługa w dolnej granicy normy, ale za to pizza mi bardzo smakowała.

    • wysokie_obcasy

      Nie mogę się zgodzić. Sama bardzo dobrze wspominam trattorie Rucola – nie tylko z wizyt prywatnych, ale również z urządzanej tam kolacji firmowej. Zdarza się, że dość długo czeka się na zamówienie, ale obsługa niemal zawsze wynagradza to czarą wina. Ponadto kiedy raz zdarzyło się, że kucharz przygotował nie to, co zostało zamówione (był bardzo duży ruch – sobota wieczorem), zostało wymienione w mgnieniu oka z propozycją pozostawienia tej „niezamawianej”, dodatkowej porcji do degustacji. A sałatka Pollo e gorgonzola jest moim prywatnym numerem jeden! Poza tym makarony zawsze podają doskonale przyrządzone. Owszem, ceny może z wyższych, ale zachowują odpowiedni standard, a lokalizacja również jest atrakcyjna.

  • kominek

    Ja może dla odmiany pochwalę obsługę Jeff’s w Galerii Mokotów. Zawsze lubiłem tam jadać.
    Kiedy byłem tam w ubiegłym roku, dostałem zimne frytki do steka. Nie przeszkadzało mi to, więc nie zgłosiłem tego kelnerce, ale gdy podeszła i zapytała, czy wszystko w porządku, powiedziałem, że frytki są zimne, po czym dodałem, że to żaden problem i mogę je zjeść. Odeszła bez słowa.
    3 minuty później pojawiła się bardzo urodziwa pani, która była managerem restauracji, trzymała w dłoniach koszyk gorących frytek. Pełen profesjonalizm.

    • Greg

      To Jeff’s-owi trzeba przyznać – mają bardzo miłą i uprzejmą obsługę, zarówno w Galerii, jak i na Żwirki i Wigury. Chociaż kiedyś trafiłem tam (w GM) na czerstwe bułki, które strach było ugryźć w obawie o całość zębów.

  • http://Niezgrani.pl Piotr Dulski

    A ja dla odmiany polecę jedno miejsce – banja luki na puławskiej. Jak byłem kilka miesięcy temu (aktualnie nie wiem, czy coś się przypadkiem nie spieprzyło tam) mieli bardzo dobrą bałkańską kuchnię.

  • Lena

    Łosoś wygląda jak zgarnięte resztki z innego talerza. Samo patrzenie odbiera apetyt. Ja wiem, że polska gastronomia kuleje, że większość restauracji nadal próbuje serwować do łososia komplet surówek, czyli wariacje na temat kapusty, ale to co jest na tym talerzu to jedna wielka kompromitacja.

  • Małgorzata Zyśk

    Z czystym sumieniem mogę polecić Bezgraniczną na Grzybowskiej 2. Jestem dość problematycznym klientem z powodu nietolerancji glutenu, a tam spotkałam się z dużym zrozumieniem tematu, poleceniem i opisaniem co mogę a czego nie i naprawdę miłą obsługą. Restauracja z dobrym jedzeniem i klimatem. No i są jedynymi oficjalnymi importerami brazylijskich jagód acai :)

  • Karol Janson Żaczek

    Polecam Hectora na Rondzie ONZ, z jednego konkretnego powodu. Schabowy na cały talerz. Najlepszy w mieście.
    Schabowy + frytki + surówka + sok około 35 zł.

    • kuzu

      heh, prawda. Cordon bleu też niczego sobie tam podają.

  • voulezvous

    Znam kierownika marszałkowskiego green coffee i nie omieszkam przekazać kuzynce ciekawych informacji o jej pracowniku. Zresztą od zawsze jej powtarzam, że ciasta też mają przesłodzone.

  • Elżbieta Ellie Dyduch

    Ostatnio z koleżanką zamówiłyśmy po białym americano w Costa Coffee w Katowicach. Pani grzecznie poleciła nam usiąść i poczekać.
    Czekamy gdzieś w głębi sali. I czekamy…
    W końcu „te, idź sprawdź, co z naszą kawą, z 10min minęło!”. Koleżanka przyszła z tacą, „proszę, nie mów mi, że te kawy śmiały się do nas z lady…”. Niestety. Nikt z obsługi ich nie przyniósł. I nikt nas nie zawołał! I koleżanka też nie pomyślała, żeby wylać im je na głowy.
    Na dodatek półka, przy której się siedzi zaraz przy przeszklonym wejściu była cała zagracona pustymi kubkami i papierami. To widać z ulicy. Klient wchodzi, spogląda i „co ja pacze?!”.

    Łapię się wiele razy, że należę do dość wymagających klientów jeśli chodzi o jakość obsługi. Jestem w stanie zrozumieć ogrom pracy w godzinach szczytu, to, że jakaś kelnerka jest nowa i się uczy, to, że ktoś się „potknął” przez czysty przypadek i nigdy nie wyżywam się na kelnerach. Jednak nie zniosę podejścia z łaską, pewnej dozy autyzmu w zachowaniu, nieznajomości menu(!), unikania trudnych klientów, braku savoir-vivre a zwłaszcza braku uśmiechu na twarzy. Mi wystarczy „zza szyby” pooglądać kelnerów przez 2-3min by mieć pewność, co się tam w środku dzieje… Obsługa lokalu zazwyczaj nie jest świadoma, że klient widzi dosłownie(!) każdy szczegół, każdą mimikę, każdy gest, a nawet pognieciony kołnierzyk.

    Pozostaje mieć nadzieję, że ktoś ze Pure Sky czytuje Kominka. I przeżegna się nogą. Tak bywa Kom, że w restauracjach często obsługa popuszcza na widok nadchodzącej większej grupy i z góry wie, że to bez wpadek się nie obejdzie. Biedaki.
    „20 minut oczekiwania na kelnerki.” – w przypadku większej rezerwacji powinien być przydzielony kelner odpowiedzialny za daną grupę. Tu gwiazdor przyszedł, a żadnej prywatnej kelnerki mu nie dali? Skandal, po prostu skandal!:)

    • Reve

      Twoje przynajmniej stało :) o moim zamówieniu zapomnieli w CoffeHeaven na Miodowej w Warszawie. Ale im wybaczam, bo to było tylko raz, a lubię tam chodzić :)

  • Princess Kasia

    A Magda Gessler tylko czyta i szykuje materiał do kolejnego sezonu Kuchennych rewolucji.

    Ja z kolei mogę polecić Peperoni Ristorante. Cudowna obsuga, klimat bardzo włoski, a pizza najlepsza, jaką jadłam, poza Włochami oczywiście. Można ją sobie skomponować jak się chce, ja np. mam ten problem, że lubię na pizzy owoce morza, a jak idę z kimś do tej restauracji, to możemy pizzę zjeść na pół, mając na każdej części inne składniki, które można dowolnie wymieniać, wszystko bez dodatkowych opłat. Składniki są świeże, można zobaczyć, jak kucharz przyrządza każde danie. Tortellini ze szpinakiem boskie, w ogóle wszystkie makarony są ekstra. No i przy tym ceny są niskie. Uwielbiam :)

    • madzia

      a Magda Gessler niech najpierw zrobi rewolucje u siebie…. ale gloria wiosna 2008- po niedzielnym brunchu co prawda, 3 stoliki zajete- czas oczekiwania na każde danie ok 40 minut, kelnerzy podpierający bar, brak kontaktu wzrokowego z klientem, prawie trzeba było podejść i poprosić żeby któryś podszedł…. grudzień 2011 – dajmy pani G. jeszcze jedną szansę – biała gęś tym razem- historia się powtarza – czas oczekiwania na możliwość złożenia zamówienia 40 minut… potem tylko gorzej… żeby chociaż ta gęsina powalała na kolana… niestety nie.

      • Princess Kasia

        Bracia Gessler za to radzą sobie o wiele lepiej, uwielbiam ich restauracje.

      • Anja Angelina

        Popieram przedmówczynię. Miejsce, którego NIE POLECAM to „U Fukiera” na starówce. Zamówiłam chłodnik. A, że egzemplarz ze mnie skomplikowany to poprosiłam o gorące młode ziemniaki. Po prostu lubię tak i już. Kelner poinformował mnie, że ziemniaki to on ma tylko do zestawu obiadowego (WTF?!?!). Poradziłam, aby tajniacko zwinął jedną porcję ziemniaczków do mojego chlodniczka :) I zwinął. Ale chyba psu z miski… Stare, podeschnięte z mikrofali… Dramat.

      • Anja Angelina

        Byłam jakiś czas temu w „Starej Kuźni” w Magnuszewie. Madzia rewolucje tam zrobiła i muszę przyznać, że miejsce mi się bardzo podoba. Ale trzeba lubić taki klimat. Drewno, swojska chata, piec, jabłka i te przyjacielskie koty leniwie zaczepiające klientów… :) Dla mnie super.
        Jedzenie też bardzo dobre, a ceny… nieprzyzwoicie niskie :)

  • Eda

    Jakby mi barista przelał tak kawę to bym go zabiła. Herezja;/

  • http://qrczaqwordpresscom Tomasz Harabasz

    Również chwalę sobie Jeff’s. Mają świetnie burgery, i fajne promocje – jakie było moje zdziwienie gdy zamiast dwóch piw dostałem… cztery. Prowadzą bardzo dobrą politykę – miła obsługa, dbałość o klienta, całkiem całkiem ceny (najdroższe danie kosztuje u nich 1199 zl… :) ). Po prostu chce się do nich wrócić.

    W Krakowie, ten sam właściciel prowadzi również Restaurację „Pod Wawelem” – Kompania Kuflowa. To jest dopiero świetne miejsce! „Weselny” klimat, przemiła obsługa (m.in przemiły szatniarz przyszywający do płaszczów/kurtek wieszaki – jeśli brakuje; bardzo mili pracownicy), oraz karta dań + gratisy – na do widzenia dostajemy wiśnióweczkę na dobre trawienie, a do piwa kapustę i ogórek kiszony. Na uwagę zasługuje również klimatyczna toaleta, w której opowiadane są suche kawały. Warto zawitać w poniedziałek na ogromnego sznycla (~15 zl) i piwo w litrowym kuflu (7 zl). Dawno tam nie byłem… napewno zjawię się jutro:)

  • kuzu

    late, cappucino, espresso, fajnie pięknie, ale kiedyś poprosiłem kawę z mlekiem, to nie wiedzieli co podać. Specjaliści.

  • Princess Kasia

    O, no tak miało być o unikaniu. To proponuję unikać Multipubu na Bankowym w Warszawie. Miało być studencko, z hukiem i w ogóle fajnie.

    A ceny nie są studenckie. I wcale nie mają wszystkich rodzajów piwa. A grzanki z masłem czosnkowym były podgrzaną w mikforali bagietką. Po czym poznać, że bagietka jest grzana w mikrofali? Po ok. 5 minutach robi się gumowa, a zaraz po tym tak twarda, że nie da się zjeść. No i obsługa jakaś taka lewa. Pani kelnerko-barmanka na moje pytanie Czy można płacić kartą? nie zareagowała i dalej sunęła swoim sennym krokiem za bar.

    Ach, no i jeszcze pytanie o salę dla palących. Tak tak mamy palarnię, ale tam jest stolik i można usiąść. Palarnia jest klitką dwa na dwa, śmierdzącą żulem z Centralnego i nigdy nie wentylowaną. A stolik w palarni taki barowy, wysoki, bez krzeseł. Także szału nie ma.

  • http://pozytywnakuchnia.pl Dorota

    Rozwaliłeś mnie tym łososiem ;). Zdarzyło mi się już wiele razy jeść coś niedobrego w restauracji, ale, jak na złość, teraz sobie nie mogę przypomnieć w której. Wyrzuciłam to widocznie z pamięci :).

    • kominek

      Ty robiłaś parę razy chyba coś z łososiem. Przyspamuj tutej. Niech wpadną w kompleksy:)

      • http://pozytywnakuchnia.pl Dorota

        Takiego w jednym kawałku mam tylko jednego, kilka innych czeka na montaż i się jeszcze nie doczekało :). http://pozytywnakuchnia.pl/losos-w-sosie-z-awokado-i-kawy/
        A co do niedobrego jedzenia, poszłam w piątek do wrocławskiej Kuchni Marche i śmiałam się, że wyglądam jak Magda Gessler, bo plułam rybą po tajsku do serwetki ;). Nie spodziewałam się cudów po tym miejscu, ale ryba z sosem słodko-kwaśnym prosto ze słoika i ryżem naprawdę nie musi śmierdzieć (i – o zgrozo – smakować!) czymś do złudzenia przypominającym olej silnikowy.

  • bananek123

    Ja ostatnio zajadam sie pizzą w vapiano. Bardzo przyjemny lokal. Potrafi zmienic klimat z lunchowni dla kołmierzyków na rodzinne miejsce z kącikiem dla dzieci:)

    • Reve

      Prawda. Dodatkowo mają bardzo smaczne makarony, i wybierasz sobie co chcesz. Tiramisu też niczego sobie :)

      • Reve

        dodam, że makarony robią sami. Siedzą sobie panie naprzeciwko wejścia (odgrodzone oczywiście szybą) i można sobie popatrzeć jak robią makarony. Mają również żytni do wyboru

    • http://pozytywnakuchnia.pl Dorota

      Też bardzo lubiłam tam chodzić, ale w moim mieście była związana z tą restauracją jakaś afera i ją zamknięto :(.

  • bananek123

    A poza tym mają fajny sposób płatności. Przy wejściu dostaje sie kartą na która nabijają sie produkty, kiedy podchodzimy do stanowisk. Karty rozliczne są dopiero przy wyjściu. Często jedząc tam w rodziną zamawiamy tylko na połowę kart, a później robimy losowanie i wychodzą śmiechy przy kasie:)

  • Paula Białczyk

    Nie lubię Greenway’a na gdańskim głównym mieście, jest jakiś taki niechlujny. A po ostatnim naleśniku ze szpinakiem, który wyglądał jeszcze mniej apetycznie niż Twój łosoś stwierdzam, że nawet burkliwe panie w barów mlecznych poświęcają więcej atencji nakładaniu potraw.

  • http://bolshevikporn.digart.pl/ Karolina Pomorska

    Zdecydowanie odradzam MG Eat w łódzkiej Manufakturze. Jadłam tam raz zupę, raz kanapkę. Kanapka niby okej, ale nikt dorosły się nią nie naje, a za taką cenę gdzieś indziej można zjeść już niezły obiad. Zupy – tragedia. Tajska to biała woda z widocznymi maleńkimi liofilizowanymi warzywkami z gotowej przyprawy, pomidorowa podobnie (a nie wiedziałam, że można spieprzyć pomidorową).
    Za to polecam Manekin – wszystko zawsze świeże i pyszne, bardzo miła obsługa i ceny, które nie zabijają studentów.

    • Reve

      Lubię MG Eat. Ale byłam tylko w tych w Warszawie przy Chmielnej i na Krakowskim. Najadam się spokojnie średnią zupą i połową kanapki lub kanapką studencką. Zupy jadłam, do tej pory, dwie. Krem pomidorowy, który był ok i Podgrzybkową, którą baaaardzo lubię. Za to, że w zupię pływa dużo grzybów, co jest raczej niezbyt spotykane w tak tanich daniach. Za to brownie mogłoby być lepsze.
      Obsługa b.miła. I podoba mi się wystrój.

  • kate_alice

    no cóż zdarza się wszędzie, ale fakt to wkurzające jak się płaci a dostaje nie to co się chciało, sama dzisiaj dostałam czarną kawę zamiast cappuccino w Mc. Tylko że klient jest zawsze na przegranej pozycji, chyba że wygląda na bossa mafii, ale też zawsze wychodzę z założenia że nie będę się czepiać o takie drobnostki bo nie chcę zostać wyśmiana za małostkowość. Tylko że takie pierdoły mogą popsuć cały dzień, jak zła kawa, i ketchup z papierka do pizzy (jakaś dziwna mrożonka) za kilkanaście euro. Jeszcze ktoś się z tym spotkał, że za granicą nie wiedzą co to sos do pizzy, a śmietanowo-czosnkowego to już w ogóle nigdzie nie ma? Czy oni tam pizzę na sucho jedzą czy jak? No, średniowiecze.

    • sonaya

      Dziwne, że nie wiesz, że nawet we Włoszech pizzę je się bez sosu… To tylko nasz rodzimy zwyczaj tak każe

  • Zuza

    Też mnie to spotkało w Greenie, ale przy Placu Konstytucji, przy czym u mnie był problem z dopasowaniem wieczka – kubek okazał się wadliwy i barista kawę przelał do innego kubka. Ale ogólnie Green przy Placu Konstytucji jest naprawdę godny polecenia, przemiła obsługa, która szybko zaczyna cię kojarzyć (ale z tym może mieć coś wspólnego fakt, że prawie codziennie chodzę tam na wagary) i sala dla palących (ja nie palę, ale dla znajomych to duży plus).
    Bardzo sympatyczny jest też Green przy Świętokrzyskiej, niedaleko Maca. Po prostu trafiłeś do najgorszego w tej linii :)

  • http://sophers.pl sophers

    Park Caffe (http://www.parkcaffe.pl/) w Koszalinie. W piątek poszliśmy z koleżanką na Żurek (mają tam taki fajny podawany w wydrążonym chlebie). Po ok 15 minutach oczekiwania przyszedł z kelner (który był chyba jedyną osobą z obsługi w tej knajpie) poinformować, że na jajkach zrobiły się (?) zbuki (?) i gotują od nowa.

    Jaja zaczęły się jednak przy płaceniu. Czekając na jedzenie zamówiliśmy sobie drinki. Koleżanka, gin z tonikiem ja żubrówkę z sokiem jabłkowym. Koleżanka dostała do tego wodę mineralną (uznaliśmy, że to w zestawie chyba) Przy płaceniu, pan chciał osobno policzyć za wodę i za gin z tonikiem. Koleżanka zachowała się asertywnie :-) Za swoją część chciałem zapłacić kartą. Okazało się, że nie mogę bo… pan już wydrukował paragon. Na całe szczęście miałem gotówkę w portfelu.

    Tak czy inaczej wygląda na to, że to miejsce chyli się ku upadkowi. W piątkowy wieczór byliśmy tam jedynymi klientami.

  • Klaudia Kostecka

    A ja mogę polecić Czarcią Łapę w Lublinie. Kiedyś owiana była chwałą, później upadli. Jedzenie zawsze było dobre, ale jakoś nikt tam nie chodził. Magda G. przyjechała, rewolucję zrobiła, teraz są tłumy. I pyszne jedzenie, ale to się nie zmieniło, bo mają genialnego kucharza. Z tym, że podrożało sporo, bo ona ich uświadomiła, że sekretem upadłości finansowej są zbyt niskie ceny dań.

    • Beata Zych

      Do Czarciej dodam jeszcze Kardamon – świetne jedzenie i obsługa, deska pasztetów totalny odlot :). Do tego Magia i Piwnica u Biesów :)

  • Aleksandra Jurek

    o knajpach w moim miejscu zamieszkania moglabym pisac godzinami. naleze do najgporszych klientow bo sama jestem w biznesie jedzeniowym. obrazam sie na restaruacje ku niepocieszeniu mojego lubego ktory te w ktorych ja nabawilam sie zatrucia pokarmowego uwielbia!:) co do restauracji w miescie moim rodzinnym to jest z czego wybierac. Wroclaw- Lwowska, i sushi u kolezanki w planet sushi- ich cieple sushi i slodkie a la sushi plus tom yam zupa sa mega!

    Co do kawy- tutaj- latte- shot espresse plus cieple mleko odrobina piany na wierzch,cappucino- espresso, troche mleka i duzo duzo piany. machiatto- mini cappucino poprostu. co kraj to obyczaj, wlochy, hiszpania francja- kazdy pije inaczej. polecam cafe bombon w hiszpani zamiast deseru- espresso z mlekiem skondensowanym i czasem jakims dobrym likierem.

  • Angelene

    Niewielkie mam doświadczenie w jadaniu w restauracjach ale z czystym sumieniem mogę polecić Gruzińskie Chaczapuri na ul. Floraiańskiej w Krakowie – z jednym malutkim ‚ale’ – miła pani kelnerka zaproponowała do posiłku gruzińska oranżadę, po wymienieniu dostępnych smaków wybrałam gruszkową, po czym otrzymałam cytrynową i w smaku była identyczna jak Sprite;) a ‚tytułowe’ chaczapuri pychota!

  • Dominik Łowicki

    Nie lubię jeść w restauracjach bo nie jestem ryzykantem. Jak już muszę zjeść w restauracji to zamawiam takie rzeczy których sam nie potrafię robić bo wydają mi się za trudne i wtedy nie wiem czy to jest niedobre czy to tak ma smakować Co to obsługi to nigdy nie miałem zastrzeżeń i starałem się być grzeczny i przejmy co by mi nie smarkali do kolacji.

  • kaleidoscope_eyes

    Najlepsze jedzenie na świecie (i nie przesadzam, bo byłam w wielu miejscach) jest w Góralskiej Karczmie w Straconce(Bielsko-Biała). Jeden minus- bardzo, bardzo drogo. Z tego co pamiętam, to w karcie było jedno danie główne poniżej 50zł. Za obiad dla dwóch osób zapłaciliśmy ponad 400zł, co prawda lubimy jeść, ale rachunek był lekkim przegięciem. Jest to typowa Polska kuchnia myśliwska. Z całego serca polecam każdemu, kto będzie w okolicach BB. !! ;-)

    • olissja

      Co do karczmy w Straconce w Bielsku-Białej absolutnie się nie zgadzam. Jedzenie jest drogie to fakt. Dania dostaliśmy zimne. Zamówiłam polędwicę, która była twarda i bardzo żylasta (o ile polędwica ma prawo być żylasta), surówka z białej kapusty nie smakowała niczym i w dodatku jej zapach podpowiadał, że nie była jednodniowa. Mój mąż skusił się na danie myśliwskie i na szczęście na frytki, których dostał sporo, bo ja dostałam ziemniaka skrojonego na ćwiartki. Całość około 250 zł. Obsługa szybka i sprawna, choć mnie żarty kelnera wydały się gruboskórne i seksistowskie. Moja noga tam już raczej nie zawita.

    • Ellie

      Z karczm w okolicy BB poleciłabym bezdyskusyjnie tylko tę Pod Lotniskiem. Tanio to tam nie jest, fakt, ale potrawy są warte swojej ceny, świetnie przyrządzone, świeże i porcje są niesamowicie syte (aż za syte!). Parę razy zdarzyło mi się, że odwiedzali mnie zagraniczni znajomi, zawsze ich tam brałam i zawsze wychodzili niezwykle zadowoleni. Recommended!:)

    • bialoczarna

      Karczmy w BB niekoniecznie, wszystkie wydają mi się tak samo nie warte polecenia. Niemniej, jeśli ktoś poszukuje na Podbeskidziu dobrej, włoskiej knajpy, polecam Gallo Nero na Złotych Łanach w Bielsku. Przesympatyczna obsługa, zawsze świeże składniki, dobrze zbudowana karta dań, sympatyczne szefostwo i niedługi czas oczekiwania na zamówione dania.

  • http://www.ihex.pl hex

    Z opinią o Pure Sky Club się w 100% zgadzam, a przynajmniej jeżeli chodzi o zachowanie obsługi przy wejściu (nie jadłem, jak się okazuje dobrze zrobiłem). Zająłem miejsce, zacząłem rozmawiać z osobą z którą tam się spotkałem a tu nagle pojawiają się 2 kelnereczki i mówią: „Przepraszamy pana – to jest miejsce ekskluzywne, tu trzeba być w marynarce, proszę, mamy do wypożyczenia” żeby nie to że byłem z kimś jeszcze umówiony to bym wyszedł bez słowa…

    • lo_

      Nie od dziś wiadomo, że klient w krawacie jest mniej awanturujący się :-) Jeśli jedzenie mają takie, jak opisuje Kominek, to nic dziwnego, że każą przed podaniem zakładać marynarki ;-)

  • pethi

    „Na drugie zamówiłem łososia z ziemniaczkami w jakimś tam sosie(niestety nie pamiętam nazwy).”

    Gdy to zobaczyłem, to pomyślałem, że to kiełbasa, a dokładniej żurek. Tak się tylko zastanawiałem, po co wychlipałeś samą ciecz?

    „Z ciekawości wszedłem na ich stronę internetową:”

    Ta panna z prawego dolnego rogu, na zdjęciu, która pęka ze śmiechu, też chyba to przeczytała.

  • lo_

    No niestety nic bardziej nie zniechęca i nie odbiera apetytu jak krzywe spojrzenia personelu. Wprawdzie mi się to zdarza głównie w sklepach drogeryjnych gdzie krok w krok chodzą za mną ochroniarze, bo myślą chyba, że na nic mnie nie stać, zrobię sobie makijaż , i pójdę. Albo jeszcze gorzej – ukradnę.
    Mam wrażenie że to jest polski problem z wykwalifikowaniem i nastawieniem personelu. Pokusiłabym się o tezę, że to jakieś zaszłości z czasów, gdy klient miał tylko ocet na półkach i brał wszystko jak leci, ale przecież, mamy już nowe pokolenie. Moja znajoma z Kanady, była zszokowana, gdy nawet w supermarkecie ochrona chodziła za nią bez przerwy, pilnując chyba czy nie ukradnie kartonu soku.

    Gdy byłam na zakupach w KaDeWe w Berlinie, kilka lat temu jako podlotek, to ekspedientki same z siebie zaproponowały żebym się umalowała, i zaczęły mi z uśmiechem podawać kosmetyki najdroższych marek. To nastawienie mnie zszokowało, bo w Polsce spotykam się z całkiem innym zachowaniem sprzedawców.

    Przepraszam, zeszłam z tematu, jednak mam nadzieję że jakiś luźny związek pozostał ;-) W końcu wszystko rozbija się o brak szacunku do klienta. Nie wiem jaki barista, przelałby kawę tak hop siup. To tak jakby w ogóle nie szanował swojej własnej pracy. Tak jakbym była kucharzem w kawiarni, i klientowi który chciał na wynos moje ciasto, przerzuciła talerz do góry nogami do pojemnika :-)

    A całe danie łososiowe wygląda nieładnie, sposób podania mi nie odpowiada, o smaku trudno się wypowiadać.

  • Katarzyna Wojciechowska

    Ja z kolei odradzam naleśnikarnię Pancake Square na Półwiejskiej w Poznaniu. Skuszona nazwą miejsca, poszłam tam raz z koleżanką. Spodziewałyśmy się na przykład typowo amerykańskich pankejków lub przynajmniej dobrych naleśników. Niestety, nic z tego. Wybór był bardzo ograniczony. Naleśniki same w sobie były niesmaczne – już lepsze większości ludzi wychodzą w domu. Wybrałam naleśnika z wiśniami, a smakowało to jak dżem wiśniowy prosto ze słoiczka. Poza tym, długi czas oczekiwania przy małym ruchu.

    Z kolei jest miejsce, które niedawno mi w Poznaniu otworzyli – Manekin. Naleśniki są pyszne, ogromny wybór nadzień (które są mocą tej naleśnikarni!), klimatyczny wystrój (nie tylko w Poznaniu, ale też w dwóch Manekinach w Toruniu), miła obsługa i bardzo przystępne ceny.

    Polecam,

    Katarzyna Wojciechowska

    • http://bolshevikporn.digart.pl/ Karolina Pomorska

      W łódzkim Manekinie wnętrze jest wystylizowane na stary tramwaj :) uwielbiam to miejsce.

    • Karol Janson

      O tak, Manekin toruński jest mega fajny. Klimat, żarcie, obsługa na super poziomie.

  • Psik Kwik

    Tak apropo obslugi. Przeprowadzilam sie do UK i tu sprawa ma sie wrecz odwrotnie – dla klienta robi sie WSZYSTKO, obojetnie czyja wina. Z tego tygodnia w kawiarni w ktorej pracuje… Pani przychodzi i mowi zeby dac jej nowe frytki, bo jej dziecku sie pomylilo i poslodzilo zamiast posolic – dostaje nowa porcje za darmo plus przeprosiny (za co?). Przychodzi Pan i mowi ze pol godziny temu odszedl od stolika i jego dziecko zostawilo tam wlasnorecznie zrobiony samolot (plastikowa butelka oklejona krepa) Kiedy niestety okazalo sie ze wyladowal juz w smietniku, a smietnik zostal wymieniony, klient zarzadal znalezienia wlasciwego worka i wygrzebiania ‚cennej zabawki’. Oczywiscie prosba zostala wykonana, a samolot ocalony. Plus przeprosiny. Fajnie tym naszym klientom, hm? :)

  • darkqueen

    Absolutnie odradzam restaurację z sushi „Gruba Ryba” na Woli. Obsługa – fatalna, po przyjściu tam ze znajomymi, pani łaskawie wskazała nam stolik, położyła pałeczki, miseczki i sos, czyli taki standard, ale zapomniała o menu. Po 10 min czekania na menu próbowałam zawołać kelnerkę ale inteligencją nie grzeszyły żeby zatrzymać się na chwilę przy stoliku, po kolejnych 10 min w końcu udało mi się inną zawołać i zapytać czy nie dysponują menu, przeprosiła i przyniosła. Po zamówienie wróciła po kwadransie, z czego od razu zastrzeżone było że połowa menu czyli dania ciepłe nie funkcjonują – uff, dobrze że poszliśmy na sushi, ale tu też był problem bo połowy rodzajów nie można było zamówić bo – produkty się skończyły. Masakra totalna. Potem oczywiście oczekiwanie na zamówienie, około 40 min, ale dodam że w międzyczasie przyszli znajomi obsługi i oczywiście w ciągu 5 min mieli skompletowane zamówienie i kiedy my jeszcze czekaliśmy oni już najedzeni wychodzili z restauracji/sushi baru.

  • Anja Angelina

    Uwielbiam jeść.
    Miejscem magicznym i pysznym jest dla mnie Prowansja na Koszykowej w Warszawie.
    A ich „sola na parze w aksamitnym sosie waniliowo-pomarańczowym z krewetkami” to czysta poezja smaku. Miejsce niezwykle kameralne i klimatyczne. Obsługa też na wysokim poziomie…

    Jednak, z racji tego, iż też należę do wymagających klientów to jedno mnie zastanawia. Restauracja z naprawdę dobrym jedzeniem, do najtańszych nie należy. Jednak zamawiając np. drugą colę w czasie jednej wizyty/posiłku kelner/kelnerka przyjdzie i ją naleje ze szklanej buteleczki 0,2 do tej samej szklanki z której wypiłam poprzednią. Pytanie brzmi – dlaczego? Pijam colę z cytryną więc dolewanie coli do już rozgniecionego platfusa cytrynowego… No nie gra mi to i już.

  • Szymon Urbanek

    Łosoś wygląda zachęcająco. Rosół już nie jest taki ładny, ma kolor jakby ktoś wlał do niego pół butelki magi. No cóż jak to się mówi „Nie oceniaj książki po okładce” (nie dotyczy rosołu).

    Według restauracyjnego przewodnika KOMINKA Pure Sky Club otrzymuje jedną gwiazdkę ( * )

  • Daria Marzyńska

    Jako, że ja ze Szczecina, to stąd mogę narzekać. U mnie w mieście, jest restauracja,powiedzmy że, rybna Chief. Kiedyś była moim zdaniem w pierwszej 5 najlepszych restauracji w Szczecinie. W zeszłym roku, z okazji urodzin mamy się tam wybraliśmy na obiad. Ja brzuchata wtedy byłam, ryby mi nie pasowały, postanowiłam sobie zamówić kotlet saute z wołowiny w prawdziwkach plus ziemniaki. Mój tato wziął sobie kaczkę z jabłkami. Mama standardowo, jedną z flagowych potraw tej restauracji- sznycel ministerski. Ja zjadłam tylko ziemniaki, kotlet był tak gumowy i tak źle przyrządzony, że płakać mi się chciało nad tym jak można zepsuć jedzenie, mój tato w sumie zjadł też tylko ziemniaki, podłubał coś w łykowatej kaczce i się podenerwował na nieumiejętnie ugotowaną czerwoną kapustę(czyt. rozgotowaną). Mama zjadła i smakowało- ale ich jednej z najbardziej znanych potraw nie powinni raczej psuć.
    Podsumowując: nie,nie, tak. I bardzo duże tak za obsługę- to trzeba im przyznać na najwyższym poziomie i z ogromną wiedzą nt savoir vivre.

    A ze Szczecina polecam Zamkową. Dobrze można tam zjeść. I we wszystkich trzech restauracjach na Wałach Chrobrego( Chrobry, Columbus, Colorado) też jest całkiem, całkiem.

  • Ania

    Z kawiarni polecam Cucapcake Corner w Krakowie. Kawy naprawdę przyzwoite, super desery w postaci cupcake’ów, a nawet muffiny, które dzięki swoim gabarytom potrafią zapełnić niemały żołądek ;)

  • magda

    Cafe Latte = Cafe Latte Macchiato – po prostu krótsza nazwa.
    Mam za sobą trzy lata pracy we włoskim barze w Neapolu.
    Cafe Latte Macchiatto (czyli Cafe Latte) przygotowuje się z reguły dodając espresso do spienionego już mleka, piszę „z reguły”, bo wiem, że zwłaszcza w warunkach domowych, Włosi robią to na odwrót, po czym i tak mieszają, bo Latte pije się rano, do śniadania, prawie jak kakao.
    Cappuccino przygotowuje się dodając mleko do Espresso.
    Zasadnicza różnica pomiędzy tymi dwoma napojami polega na innym przygotowaniu mleka, do Latte mleko powinno być spienione, natomiast w cappuccino mleko musi być przygotowane na taki gładki, delikatny „puszek”.
    O ile dobre Latte łatwo jest dostać w Polsce, to poprawne Cappuccino to wyzwanie dla większości baristów.

  • Paulina Krasińska

    Temat-rzeka, jak dla mnie.
    Ostatnio dramatycznie podpadła mi mała francuska knajpka „Le Bistrot Parisien” we Wrocławiu. Jedzenie mieli całkiem niezłe – bardzo dobry łosoś, bardzo dobry stek wołowy. Trochę przeprawione czosnkiem ślimaki i zbyt tłuste żabie udka, ale i tak dobre. Ohydne pieczone ziemniaki. Jednakże diabeł tkwi w obsłudze. Dziewczyna najpierw całkiem miła, choć trochę nierozgarnięta – mało brakowało a odeszłaby zaraz po tym jak Luby złożył pierwszą część zamówienia, tak jakby spodziewała się, że jedno z nas je przystawkę, a drugie normalne danie :/ Potem, kiedy jedliśmy przystawki, zaglądała mi przez ramię żeby sprawdzić czy skończyliśmy – ja tego nie widziałam, bo siedziałam tyłem, ale Lubego wkurzało to niemiłosiernie, bo czuł się poganiany. Po głównym daniu, zbierając talerze zapytała czy chcemy deser, ale nie byliśmy pewni – powiedzieliśmy, żeby wróciła za chwilę, napijemy się herbaty, porozmawiamy i damy jej odpowiedź. To był ostatni raz jak ją widzieliśmy obsługującą. Odsiedzieliśmy swoje, herbata się skończyła, minęło z dobre pół godziny jak nie więcej, nas szlag trafił i naprawdę korciło mnie żeby wyjść bez płacenia, skoro i tak nikt nie zwraca na nas uwagi. Ubraliśmy się, podeszliśmy do baru, gdzie po pewnej chwili pojawiła się kelnerka (wcześniej nie było nikogo), która nie patrząc na nas, bez ŻADNEGO słowa, nie mówiąc już o przeprosinach, podała nam rachunek. Zapłaciliśmy co do grosza i wyszliśmy czym prędzej.
    Ale to nie wszystko. Kończąc kolację zauważyliśmy coś, co sprawiło, że mój poziom stresu gwałtownie podskoczył, razem z treścią żołądka. Nie wiem skąd się wziął, czy miał dostęp do kuchni i co tam robił (wolę o tym nie myśleć), ale po sali spacerował PIES, york konkretniej. Waham się, czy chce mi się ruszać cztery litery do Sanepidu.
    Podsumowując Le Bistrot Parisien to kompletna porażka i nawet smaczne w większości jedzenie ich nie ratuje!

  • http://www.naturalny-kolagen.pl Halina Mrozek

    Piękny temat – w sam raz na Papurazzi :) Nie ruszam się do knajp bez aparatu i wszystko co zjem uwieczniam cyfrówką.

    Monika Kamińska:
    Jak Pure Sky Club jest tak samo ekskluzywny jak siłownia Pure podobno Platinium Złote Tarasy, to ja się nie dziwie. Najgorsza siłownia świata musi mieć obok najgorsze jedzenie świata. Pure w ogóle ma jakiś kompleks udawania prestiżowego miejsca, a jest tam syf, zniszczone sprzęty i najgorsza na świecie obsługa, wiec w sumie relacja z obiadu mnie nie zdziwiła.

    Pisanie w ten sposób o siłowni Pure w ZT to ogromne nadużycie i wręcz kłamstwo. Pure znam od przeszło 3 lat, pierwsze 2 lata tam pracowałam, teraz tylko trenuję właśnie w Złotych Tarasach. Sprzętu jest dużo, jest bardzo dobrej jakości – czasami usterki się zdarzają, ale to pojedyncze przypadki, które trafiają się wszędzie. Syfu też tam nie ma – kto nie wierzy niech się tam przejdzie. Co do obsługi to nie spotkałam się nigdy z nieodpowiednim zachowaniem, zawsze jestem witana z uśmiechem.

    Karolina Pomorska:
    Byłam raz w siłowni Pure w Łodzi i też miałam takie odczucia. Chcieliby być prestiżowi, ceny z kosmosu, nie adekwatne do miejsca. A obsługi wolę nawet nie wspominać – krzyczenie na pracownika przy klientach jest dla mnie niedopuszczalne.

    Kolejny mocno negatywny głos – kolejny, z którym się nie zgadzam, ale to nie miejsce, żeby pisać o cenach w Pure.

    Wracając do jedzenia – najgorszą obsługę spotkałam w czeskiej Pradze. Na dania czekało się bardzo długo, o deserze kelnerka sobie zapomniała, wszystko robiła z naburmuszoną miną i dopiero jak zobaczyła napiwek to o mało nas nie ucałowała (nie powinna go była dostać, ale mamy za dobre serca czasami).

    W naszym kraju zdarzały się kulinarne wpadki, ale nie przypominam sobie tej największej.
    Pamiętam tylko, że bardzo byłam zdegustowana brakiem naleśników z serem w naleśnikarni Nasz Naleśnik na Jana Pawła…

    Bardzo za to polecam Absurd 228 – mają pyszne i piękne jedzenie oraz doskonałą obsługę. (jak nie byliśmy zdecydowani czy wziąć kieliszek wina czy nie do obiadu – pan powiedział „to zrobimy po mojemu”, przyniósł dwa kieliszki, nalał wino i powiedział, że to prezent od firmy :D – było to tym bardziej miłe, że byliśmy tam z bonem zakupów grupowych, a „kuponiarze” w niektórych miejscach są traktowani nieco gorzej niż pozostali klienci).

    Na koniec zapraszam na Turnieje Scrabble (skoro o nich wspomniałeś…), które odbywają się co tydzień, o 18.00 w Karuzeli Smaku mieszczącej się w budynku bielańskiego Ratusza.

    • Monika Drzewiecka

      Szkolą Was tam pięknie lojalności wobec firmy :D Tyle, że zdania nie jednego, a kilkuset klientów są według mnie cenniejsze niż jednego byłego pracownika. Dziesiątki razy osobiście spotkałam się z krytyką byłych klientów wobec PURE Fitness. Media też nie szczędziły krytyki wobec tej właśnie marki, nie wysysając informacji z palca, a bazując na tym, co rzeczywiście spotyka tam ludzi. Do Pure może pójść przez przypadek tylko ktoś, kto zielonego pojęcia o siłowni i fitnessie nie ma, bo taki ktoś nie wie jakie wymagania może postawić wobec miejsca, w którym trenuje.

    • http://raisssa.blox.pl raisa

      Jeśli o Pragę chodzi, to Czesi nie cierpią Polaków. Ja będąc w Pradze też odniosłam niemiłe wrażenie co do obsługi, ale wyjaśniono mi, że oni są po prostu na nas uczuleni. Ciągle obwiniają Polaków za Układ Warszawski ;)

      • http://pozytywnakuchnia.pl Dorota

        Byłam w Czechach wielokrotnie i jakoś nigdy nie odczuwam tej rzekomej nienawiści :). Tak samo jak u nas bywa dobra i zła obsługa, tak samo tam, stereotypy nie mają tu większego znaczenia :).

    • Karol Janson

      Ja wiem że się czepiam, jestem cham, buc, prostak i w ogóle, ale skoro kelnerka nie zasłużyła na napiwek, bo zapomniała o deserze, to dlaczego go dostała ?

      • Elżbieta Ellie Dyduch

        U nas pozostawianie tipa nie jest tak rozpowszechnione jak na Zachodzie. W niektórych państwach istnieje niepisany obowiązek zostawienia napiwku (5-20(25?)%), w Czechach i Słowacji obsługa jawnie okazuje niezadowolenie i bywa, że się wręcz domaga, czekając koło stolika.

        Btw. czułabym się jak burak, jedząc w praskiej restauracji bez zostawienia centa na tacy…

        • Karol Janson

          Elżbieta -> co kto lubi. Ja tam nie lubię płacić za źle wykonaną pracę. Gdyby pani domagała się napiwku to bym grzecznie wytłumaczył w czym rzecz i tyle.

  • Paulina Krasińska

    Angelene:
    Niewielkie mam doświadczenie w jadaniu w restauracjach ale z czystym sumieniem mogę polecić Gruzińskie Chaczapuri na ul. Floraiańskiej w Krakowie – z jednym malutkim ‘ale’ – miła pani kelnerka zaproponowała do posiłku gruzińska oranżadę, po wymienieniu dostępnych smaków wybrałam gruszkową, po czym otrzymałam cytrynową i w smaku była identyczna jak Sprite;) a ‘tytułowe’ chaczapuri pychota!

    O! To zupełnie inaczej niż we Wrocławiu. Chaczapuri tutaj już zawsze będzie mi się kojarzyć z zimną zupą na przystawkę (zarówno cebulową jak i tą, która miała być pikantna), „schabem po kaukasku zapiekanym z serem gruzińskim”, który był po prostu smażonym w panierce, żylastym kotletem schabowym z plastrem roztopionego żółtego sera na wierzchu oraz 40 minutowym oczekiwaniem na danie główne.

    • magda

      Gruzińskie Chaczapuri na Floriańskiej wspominałam dobrze – a jadłam tam kilka razy na przestrzeni 2006 – 2008 roku, miałam bardzo dobre wspomnienia. Mając b. dobre wspomnienia: ceny i jedzenie, wybrałam się też do wrocławskiej restauracji, pierwszy raz latem 2010, drugi raz po roku. Za pierwszym razem jedzenie było niezbyt dobre, ale myślałam, że po prostu źle wybrałam. Za drugim razem jedzenie było paskudne, mój mąż nie „zareklamował” swojego twardego mięsa, było stare, ale zrobili to klienci ze stolika obok i kelner odjął im to z rachunku, za to plus, ale zwróciło moją uwagę to, że kelner się nawet nie zdziwił. Od kilku miesięcy znowu mieszkam w Krakowie i odwiedziłam miesiąc temu Chaczapuri na Floriańskiej, niestety wielkie rozczarowanie jedzeniem, a potem ja i mój mąż mieliśmy biegunkę, beznadziejna niedziela. Do tej ostatniej wizyty w krakowskim Chaczapuri myśleliśmy, że jedzenie jakie dostaliśmy we Wrocławiu było przypadkiem, ale teraz już wiem, ze to chyba nowy, kiepski standard całej sieciówki. Nie polecam, tym bardziej, że nawet ceny nie są już zachętą.

      • http://pozytywnakuchnia.pl Dorota

        O, ja z kolei jadłam we wrocławskim pstrąga jesienią 2011 i był przepyszny, a dobrą rybę utrafić ciężko. Za to przy większej ilości gości, w weekendy, kompletnie nie dają sobie rady i na jedzenie czeka się okrooopnie długo.

      • pat

        zgadzam się! to na ul św Anny też się popsuło. sieć to sieć, niestety ma swoje minusy.

    • http://www.marcinmichno.com Marcin Michno

      Dokładnie takie same wspomnienia – kotlet z psa – przemielony razem z budą.

      Czas obsługi – mojej narzeczonej podano wszystko na raz – ja z kolei dostałem po 30 minutach

    • Bożena Wojnar

      Też mam same dobre wspomnienia z krakowskim Chaczapuri, ale na św. Anny. Mają tam promocję na lancze, bodajże do godziny 17 za wybrane dania płaci się 9.90 + 2zł za puszkę koli (przynajmniej było tak jeszcze w grudniu). Obsługa miła, lokal duży i mniejszy ruch, niż na Floriańskiej.

  • gola_pionierka

    Ja zapamiętałam dobrze pewną romantyczną randkę w restauracji Borpince na ul. Zgoda przy Chmielnej. Najpierw kelnerka usadziła nas przy stoliku z brudnym talerzami po poprzednich klientach po czym powiedziała, że zaraz przyjdzie posprzątać. Rzeczywiście, zjawiła się za 10 minut, ale zgarnęła tylko talerze i zostawiła brudny, poplamiony obrus z okruchami. Po czym zrobiła minę obrażonej księżniczki jak opuściliśmy w tym momencie lokal, uznając, ze są pewne granice.
    A z wpadek obsługi to pochwalę się własną:) Pracowałam w kawiarni, kiedyś byłam już mocno wykończona po kilkunastu godzinach za barem. Klient zamówił szarlotkę na ciepło z lodami. Nałożyłam na talerzyk ciasto, kulkę lodów i wstawiłam to wszystko do mikrofalówki:) Nie, nie podałam klientowi tej lodowo – jabłkowej brei, którą wyjęłam.

  • Ania K

    Nie będę się tu rozpisywać o polędwiczkach w sosie krewetkowo-rumowym czy foie gras po wietnamsku (?) ale o najzwyklejszym „szit fudzie” jakim jest KFC. Uwielbiam to żarcie (jak większość z nas choć ta większość się nie przyznaje). Pozwalam sobie na KFC raz w miesiącu od kilku lat powiedzmy czterech (aby nakreślić czytającym częstotliwość). Zawsze biorę kubełek classic mieszany i ZAWSZE proszę o sałatkę coleslaw zamiast frytek. Z KFC korzystam w opcji „na wynos” i w 80% podjeżdżam autem. Nie jestem w stanie będąc w aucie zauważyć co tam mi wsadzają. Niestety za KAŻDYM razem zamiast sałatki o którą prosiłam głośno i wyraźnie, dostaje frytki! ZAWSZE! Ja rozumiem raz czy dwa, ale za każdym razem? Frytki które dostaję zanim dojadę do domu stają się zimne i porównywalne do …. wiadomo. Kilka razy brałam kubełek w restauracji, obserwowałam co mi tam wciskają do tego kubła i zawsze były to frytki. Delikatnie zwracałam uwagę że nie chciałam frytek i wtedy wielkie I’m sorry i skruszona minka. Ja rozumiem raz czy dwa się pomylić ale za każdym razem?

  • Karol Janson

    Anegdota z kategorii jak zrobić z klientów pijaków:
    Knajpa Fusion przy rondzie ONZ . Siedzimy w sześciu chłopa, pijemy browarki, jest wesoło. Schodzi sie do nocy. Bierzemy rachunek, który opiewa na 30 piw. Dwóch kumpli nie piło, pantofle. Szybkie podliczenie, wyszło że zamówiliśmy 20. Kelner dwie godziny sie upierał że wszystko ok, nawet jak przyjechała policja to nie wymiękł i w zaparte.

  • elka

    Ten tekst skłonił mnie do kolejnej wizyty u Doroty.Pierwsza była nieco nieudana,gdyż jej blog nie przypadł mi do gustu,jestem fanką prostszych form..Oswoiłam się i dzisiejsza wizyta zaowocuje jej tortillą.Myślę,że śmiało mogę polecić blog Pani Kamińskiej ,choć mam inne ulubione kulinarne kąty:)

  • mademoiselle.baton

    to ja polecę z łódzkich:
    – sofa na Piotrkowskiej – kuchnia fusion, prze!miła obsługa niezależnie od ilości zamawianego jedzenia; w Łodzi cyklicznie organizuje się festiwal jedzenia ‚skrzydełko czy nóżka’, w wybranych łódzkich knajpach można spożyć specjalnie przygotowywane potrawy i kawy w cenach śmiesznie niskich – kawa chyba 4zł, danie 8zł. chodzę i sprawdzam – tam ZAWSZE smakuje mi najbardziej!
    – opisywany już wcześniej Manekin na 6 sierpnia – tanio, smacznie, wystrój ekstra!
    – studencki Sznycelek na Narutowicza, z dowozem – nic lepszego na niedzielę
    – trattoria w bramie przy Piotrkowskiej 102 – tak dobrą pizzę jadłam tylko w Poznaniu na ulicy Garbary!

    • Magdalena

      i Gruby Benek w Pabianicach – najlepsza pizza jaką w życiu jadłam..

  • aleatoria

    Ja kiedyś zamówiłam w Coffee Heaven herbatę. Dziewczynie, która nalewała wrzątek, przez przypadek wpadł do kubka papierek od torebki, i chociaż mi by to absolutnie nie przeszkadzało, bez pytania zrobiła mi nową herbatę. Przydałoby się uświadomić kogoś, że w ten sposób zdobywa się klienta.

  • elka

    A ten minus to chyba za dzisiejszą próbę z tortillą,była wyśmienita.Wkrótce będzie powtórka.

  • Pingback: Dwa dni w Hamburgu | Kominek ES()

  • Paulina Brzykcy

    Jeśli chodzi o Bydgoszcz to zdecydowanie nie polecam restauracji Warzelnia. Lokal może i byłby całkiem fajny, gdyby nie obsługa, która czeka na wycałowanie po stopach za to, że się człowiek o cokolwiek spyta. Mylą zamówienia, upierają się, że mają rację, talerze brudne po obiedzie zabierają chyba w okolicach pory kolacji, panuje totalny brak organizacji i profesjonalizmu.
    Za to naleśnikarnia Manekin – ogromny plus! Przepyszne jedzenie, miła obsługa, strasznie niskie ceny, przyjemny klimat.

    • Monika Drzewiecka

      A ja mam 180 stopni odwrotne odczucia – Warzelnię lubię bardzo bardzo, Manekin bydgoski dla mnie strasznie przeciętny. Obsługa taka sobie, też zdarza im się mylić zamówienia (co prawda wymieniają), długo się czeka na panią, można prosić i dawać znaki dymne po 10 razy, a i tak w końcu musiałam po prostu podejść do lady, żeby poprosić o rachunek. No i naleśniki też wielkiego szału nie robią – są ok, ale nie jakieś ultra smaczne. Za to Gazdówka za Osielskiem, przy szosie na Gdańsk – mother of god… Fantastyczna pod każdym względem.

  • Bożena Wojnar

    W Krakowie lubię chodzić do Dominium przy Rynku. Lokal po remoncie wygląda świetnie, obsługa jest bardzo miła i nigdy nie zdarzyło mi się czekać zbyt długo na zamówienie, w dodatku mają zniżki dla studentów. Dzisiaj zostałam tam mile zaskoczona – wybraliśmy się z chłopakiem na wieczorną pizzę, a że było po godzinie 18, to moja uniwersytecka zniżka już nie obowiązywała. Za to miły kelner zapytał, czy nie jesteśmy przypadkiem klientami banku ING, bo przysługiwałoby nam 30% zniżki, więc koniec końców nawet po 18 wyszliśmy na swoje. Co prawda uważam, że informowanie klientów o zniżkach powinno być standardem, jednak w Polsce jeszcze rzadko się to zdarza.

  • Żaklina Boom Boom

    Bardzo totalnie i zupełnie odradzam restaurację Street w Warszawskiej Arkadii- potwornie słabe jedzenie. Trzy osoby, trzy zupełnie różne dania, i wszystkie trzy okropne. Nawet mój makaron z kurkami! (KURKAMI!) był niezjadliwy.

    Pizzowo polecam Nowolipki, między skrzyżowaniem z jana pawła i karmelicką, mają świętną pizzę, w dobrej cenie, knajpka nieduża, i wino grzane świetne.

    A ostatnio w oczekiwaniu na egzamin zajrzałam do malutkiej kawiarni naprzeciwko mojej szkoły, praska U Krawca na Siennickiej, cudowny klimat, malutkie ale jasne pomieszczenie, dobra muzyka, pyszna herbata, kawa i niezłe ciasta. No i wifi.

    A kanapki najlepsze w szarlocie, co by nie mówić i jakby nie pluć na poziom Zbawicielskiego hipsterstwa, to mają naprawdę świeeeetne kanapki. I pieczywo ogólnie.

  • Justyna Rudnicka

    W Green Coffee na Marszałkowskiej taki numer? Kurczę, ja zawsze jak tam jestem to obsługa jest przemiła. Często robili mi drugą kawę, chociaż nawet nie zdążyłam skrytykować, tylko pani przy kasie stwierdziła, że wzorek na cappuccino nie wyszedł zbyt ładny. Wielki plus mają za wielką przestrzeń dla palaczy, minus za nieumiejętne nasypywanie przez nich cukru do cukierniczki(; nie chce później dać się nasypać do filiżanki.

  • demonio90

    Najlepsze latte macchiato jest w Krakowie w Buddzie!!! Jeszcze jak zamówisz sobie latte z amaretto mniam:) ale równie dobra jest tam też herbata zielona jaśminowa cudownie pachnie i smakuje.

  • Histeryzuję

    Zdecydowanie nie polecam Czerwonego Wieprza na ul. Żelaznej: kiepska obsługa (lata świetlne czeka się na kartę i przyjęcie zamówienia, a o oczekiwaniu na jedzenie już nie wspomnę) Zamówiłam kołduny – były rozgotowane i bez smaku… Mój chłopak zamówił stek – również bez smaku… Uroczyście poprzysięgłam, że więcej tam nie pójdę! Za to dwie przecznice dalej, na ul. Waliców) jest Folk gospoda, w której jedzenie jest boskie :) Szczególnie polecam zrazy w sosie grzybowym! mniam. No i mają też super desery. Pyszne polskie jedzenie jest też w Starym domu na Puławskiej – najlepszy tatar jaki jadłam! Dobry tatar jest też we Fridzie na Nowym Świecie, ale to trochę inna kategoria. Jestem też fanką żeberek i próbuję ich wszędzie! Jednak nigdzie nie było lepszych niż we Friday’s koło hali mirowskiej! Maja tam genialny sos jack daniel’s! I to by było na tyle :)

    • Jarek Gdak

      Pewnie zaciekawi Cię zatem fakt, że Czerwony Wieprz i Folk Gospoda to jedno i to samo. Jeden właściciel i nawet obsługę można tam spotka wymiennie :)

  • http://myvogue-malgorzata564.blogspot.com/ Malgorzata564

    Nigdy nie widziałam tak obrzydliwie podanego łososia, profanacja!!! Niestety moje doświadczenie z polskimi restauracjami nie jest dobre, zawsze odnoszę wrażenie „co ty tutaj robisz? to nie jest miejsce dla ciebie!”

  • przemalowana

    widzisz i nie grzmisz.
    zarówno cappuccino jak i latte powinno podawać się w filiżankach. w obu wersjach do espresso dodaje się spienione mleko. do cappuccino po prostu mniej. no i warstwa pianki na górze powinna być grubsza. a trójwarstwowa kawa to latte macchiato. koniec kropka.

  • przemalowana

    oj, a byłam przekonana, że odpowiadam na inny komentarz a nie dodaję osobny własny. ale to w sumie dobrze, uświadomię więcej społeczeństwa; )

  • Pingback: Sushi ze słoneczkiem w tle | Kominek ES()

  • raf

    kate_alice:
    tak robię, tylko że mam potem łzy w oczach przez pół godziny i nerwy w strzępkach potem cały dzień, i nic się na to nie da poradzić

    Nie ma co płakać, tylko trzeba nauczyć się nadrabiać głowem. Jak kogoś nie widać, to musi być słychac. :)

    • raf

      głosem*

  • Pingback: Porozmawiajmy o kawie | Kominek ES()

  • Paulina

    Przepraszam, że się wtrącę w dyskusję. Nie byłam skora przeczytać całej gamy komentarzy, natomiast w trakcie doczytałam się drobnego błędu.
    Stwór ” Latte Machiato” nie ma prawa bytu. Machiato, z włoskiego oznacza jedynie odrobinę mleka, zatem nielogiczne byłoby dodawanie tego określenia do rodzaju kawy mlecznej.
    Mam świadomość również, że nazwa brzmi bardziej prestiżowo, chwyt marketingowy jednak działa i nie wszyscy zgodzą się z moją opinią.
    Pozdrawiam

  • http://suitcasefullofnothing.blogspot.com/ K

    Co do GC to się zgodzę. W tym miejscu zawsze trafiam na złą obsługę, ale zwodzi mnie całkiem dobra kawa.

  • beatrixkiddo

    Kiedyś w restauracji zamówiłam barszcz z kołdunami. Dostałam michę półprzezroczystego różowatego płynu (proszek ze słoiczka +woda), w którym smętnie pływało może z 4 albo 5 uszek z mrożonek:p

  • piotr

    Pure Sky Club to śmieszne miejsce. ma być luksusowe a jest śmieszne. odwiedziłem tam tzw. business mixer. żarcie kiepskie, towarzystwo z ego ale bez ‚tego’. No i lansik na bogato…

  • Pingback: TEST SIECI KAWOWYCH: COFFEEHEAVEN | Kominek ES()

  • Wiktoria

    W Pure Sky Club nie byłam, ale chyba pospieszyłeś się z oceną tego łososia. Wygląda na zrobionego metodą próżniową (mądrzej: sous-vide), co zapewnia maksymalną soczystość i zachowanie wszystkich składników odżywczych. Na wierzchu wypasione płatki soli maldon, obok pyszne ziemniaczki w mundurkach. Rosołek… trudno powiedzieć, ale wygląda tanio. Czytając Twój wpis trudno nie ulec wrażeniu, że albo padłeś ofiarą fatalnego zbiegu okoliczności albo tego dnia szukałeś pretekstu, żeby się na coś nakręcić. Miałeś po prostu pecha :)

  • Artur

    Pure Sky Club zaprasza ale wejsc do srodka nie pozwala. Bylem tam na imprezie firmowej, ciekawie i fajne jedzenie. Od milej pani dostalem wizytowke z propozycja kolejnej wizyty. W nast tygodniu zadzwonilem, zarezerwowalem stolik, zabralem zone wjezdzam dumnie na 22 pietro a pani w restauracji pyta czy mam karte klubowa. Nie ma Pan to przykro mi nie moze Pan tu zjesc. Miny mojej zony nie skomentuje, a styl w jakim zostalem odeslany do domu naprawde wyzyny prostactwa

  • SlavomiRR

    Byłem kiedyś w Green Coffee na Marszałkowskiej przy Sezamie.
    Spotkało mnie tam coś wyjątkowego.
    Pani robiąca kawę miała problem bo strasznie czegoś szukała poniżej ekspresu.
    W końcu znalazła w koszu poniżej. Wyjęła, ostukała nabrała w to coś kawy, podpięła do ekspresu i zaczęła robić kawę.
    Zapytałem czy na pewno chce mi zrobić „kawę z kosza”.
    Odpowiedziała, że przecież kosz jest też wypełniony resztkami kawy więc się nic nie stało.
    ZBARANIAŁEM i wyszedłem.
    Nigdy już tam nie wrócę. Choć przyznaję że bywam w innych lokalach tej sieci.