W poprzednim czwartkowym obiedzie opowiedziałem wam o kompletnie nieudanej wizycie w restauracji Petit Moulin Rouge. Tuż obok niej jest azjatycki lokal, do którego skierowałem wówczas swoje kroki. A że raz to za mało, kilka dni temu powtórzyłem testy ze znajomym. Niska ocena nie do końca odzwierciedla niską jakość tego miejsca.

Znowu nie zapisałem nazw potraw, a Bali Cafe żyje poprzednią epoką, bo nie mają nawet strony internetowej. W każdym razie na pewno jadłem wołowinę w czymś z mleczkiem kokosowym (to ta najgorzej wyglądająca potrawa), następnie makaron, sajgonki, a kolega zamówił łososia.

bali

No i się zaczęło. To pierwsze danie, ta wołowina(prawy dolny róg), no wygląda źle i średnio smakuje. Jak mocno rozwodniona zupa. Do smaku makaronu(środek lewo) się nie przyczepię, bo bardzo mi smakował, ale podano zimny. Pod koniec zaś spostrzegłem, że zostawiłem na talerzu jakieś dwa kilogramy marchewek, pokrojonych w paski. Sajgonki (pierożki) – tłuste. No niby takie mają być. Ale one były bez smaku. Żadnej wyrazistości. Czuliśmy pieroga utopionego w oleju i dopiero po analizie składników mogliśmy stwierdzić, czym był wypełniony. Łosoś – ponoć zjadalny, ale kolega z Warszawy, to się nie zna. Niemniej przyznaję, że wyglądał solidnie i smacznie, a podany obok ryż też prezentował się zachęcająco.

Mój główny zarzut dotyczy klimatu. Lokal jest miły, niedoświetlony, ale taki miał być zapewne jego klimat. Niestety klimat udziela się jedzeniu. Jest ciężkawo, ciemnawo, za tłusto. Do mojej wołowiny (kurde, mam nadzieję, że to była wołowina, bo nie pamiętam) podano michę zlepionego ryżu. Nie wątpię, że w Bali tak zostałbym obsłużony na ulicy, ale tutaj czegoś brakowało. Nie wiem, co bym zmienił. Może mniejsze porcje, może bardziej elegancko podane? To jedzenie w takim oświetleniu nie prezentuje się dobrze. No i kanapy. Nigdy nie siadajcie na kanapach. Nie da się wygodnie na nich jeść, aczkolwiek ich bym nie wyrzucał, bo da się wygodnie siedzieć i grać na iPadzie. Brakowało mi wyrazistości w tych potrawach, takiego kopnięcia, bym krzyknął „o cholera, ale to dobre!”. Będąc tam, postanowiłem, że kolejny test zrobię w podobnie słabo oświetlonym miejscu, ale o znacznie wyższym standardzie. Decyzja padła na jeden z flagowych lokali Magdy Gessler i o nim opowiem następnym razem.

Tak więc przyznaję dwóję, bo po prostu zbyt wiele elementów nie jest tu doskonałych, natomiast z pełną odpowiedzialnością stwierdzam,  że będąc w Złotych Tarasach możecie się tam wybrać. Na pewno nie wyjdziecie głodni, na pewno nie będziecie niemile zaskoczeni. Na pewno też nie doznacie żadnego kulinarnego uniesienia. No i nikt was nie wyprosi, jeśli w pojedynkę siądziecie na kanapie przy największym stole:)
Daję dwóję, ale wrócę tam, także dlatego, że mają bardzo miłą obsługę.
Aż za miłą.

Przechodząc obok restauracji jesteś zaczepiany przez kelnerkę i jeśli tylko wykażesz cień zainteresowania, zaczniesz być dość stanowczo zapraszany do środka. Kiedy zjesz obiad i stwierdzisz, że nie chcesz deseru, kelner zasugeruje jeszcze raz przemyśleć. Kiedy stwierdzisz, że już jesteś spóźniony na film i nie zobaczysz dinozaurów, kelner zaproponuje zapakowanie deseru na wynos.
Nie uznaję tego za wadę, właściwie to dla tych przemiłych pań pracujących tam, chętnie zjem jeszcze nie raz i nie dwa, ale mimo wszytko wydaje mi się, że takie napraszanie nie jest mile widziane w naszej kulturze. W południowych krajach, w miejscach turystycznych, owszem, ale w restauracji w galerii? No sam nie wiem.

 

Twój komentarz zostanie skasowany, a twoje konto zablokowane, jeśli jesteś w jakimkolwiek stopniu hejterski, wulgarny, czepialski, pesymistycznie nastawiony do życia i ludzi, zarzucasz mi kryptoreklamę, krytykujesz mnie lub widoczna jest nazwa twojej strony. Wstęp tylko dla ludzi przyjaznych, uśmiechniętych i kulturalnych.

  • Gadzinisko

    A mi się wydaje, że posiadanie tej „namawiaczki” ma być też elementem klimatu :) Nigdy tam nie wszedłem, ale wiele razy przechodziłem obok.

    • kominek

      I też cię zaczepiano?

  • Marcin Michno

    Czasem taki lokal potrafi zaskoczyć – na przykład nigdzie nie jadłem tak dobrego kurczaka po seczuańsku jak w Małych Chinach w Pasażu Grunwaldzkim we Wrocławiu.
    Smakowało mi tam tylko to danie ale było tak perfekcyjnie zrobione że nawet będąc przejazdem zawsze wpadam zjeść.

    • Anna Ma.

      Dobrze wiedzieć. Dziękuję.

      • pietrek

        tez nie omieszkam sprobowac ;)

    • izabe

      Popieram, raz spróbowałam i będę robiła to częściej ;)

  • Kuba

    Polecam Ci China Town (przy Jerozolimskich) – mają świetne jedzenie w rozsądnych cenach. Chyba wystarczającą rekomendacją jest to, że przychodzą tam Chińczycy. Wystrój kiepski, ale przynajmniej czysto, nie tak jak w większości restauracji chińskich.

    Pyszne są tam takie dania, jak kurczak z nerkowcem, wieprzowina w paskach o smaku rybnym albo kurczak słodko-kwaśny. Jeśli lubisz na ostro to polecam zupę pikantno-kwaśną.

  • MilkyWay

    A ja w Dim Sum jadłam kiedyś pierożki i były przepyszne :)

  • trzy_krzyzyki

    Na mnie zaczepianie zadziałało bo plątałam się po galerach bez większego sensu czekając na pociąg.

  • kristina

    O, czekam na recenzję po wizycie u M.Gessler.

  • alicja

    Nie przepadam za tym zaczepianiem. Człowiek chce się spokojnie udać do toalety, a po drodze musi trzech obiadów odmówić.
    Ale grunt to złowić klienta ;)

  • Max

    „Decyzja padła na jeden z flagowych lokali Magdy Gessler”

    Jeśli Polka (a tam jest ciemnawa w niektórych kątach) to weź pieprzowy stek, a nie bierz sandacza. Ten pierwszy zagoi rany po wołowinie w Bali.

    Jeśli Bellini – nie idź tą drogą! Nie idź, po prostu! Poprosiłem kelnera o „flagowe danie, takie które Magda Gessler by mi poleciła”. Dostałem makaron z bazylią, czosnkiem, kaparami i czymś tam – brzmiało smacznie, wyglądało nieźle, smakowało… jak makaron bez dodatków. Sosu (jeśli tak to nazwać, bo była to raczej posypka) było tak mało, że wystarczyło do 1/3 makaronu w głębokim talerzu. Był smaczny, ale na pewno chociaż „bardzo dobry” – jak na p. Gessler przystało. Lepszy makaron można zjeść w Złotych Tarasach na najwyższej kondygnacji w tych fast foodach (chyba Pepperoni się punkt nazywa).

  • niestetka

    UWAGA! Pozostawiajac na boku jakosc i smak przygotowywanych w ww. „restauracji” potraw, przestrzegam przed lokalem w Zlotych Tarasach!
    Jako że życie studenckie do najlatwiejszych nie nalezy, trafilam tam jakis czas temu, dobrowolnie, na stanowisko omawianej juz „naganiaczki”. Przepracowalam 1,5 miesiaca, po ktorych moja umowa i grafik sie gdzies „zapodzialy”, a na stol wylozono pensję: 134 zl. Szanowna p. manager odegrala przy tym oskarową scenę, udając, ze w ogole mnie nie pamieta! (przedtem bylam przez nia chwalona!)
    O zwolnieniu dowiedzialam sie z smsa innego pracownika…

    Wplatając wszystkim znaną historię powiem tylko, że przede mna pracowalo tam co najmniej kilka dziewczyn, ktore po „dniu probnym”, a jakze, nieplatnym, zostaly odeslane z kwitkiem. Z perspektywy czasu zaluje, ze nie skonczylam tak jak one.

    Nie chce mi się już nawet wspominac niewybrednych komentarzy moich bylych przelozonych.. Wszyscy byli ode mnie duzo starsi i mieli partnerki, co nie przeszkadzalo im w codziennym napastowaniu mnie swinskimi tekstami. Ostatniego dnia pracy zostalam zaatakowana na zapleczu przez barmana. Tej sprawy nie bede rozwijac, zamierzam zglosic ja odpowiednim sluzbom.

    Moze dla kogos nie ma znaczenia, jak traktowani sa pracownicy danego lokalu. Calej reszcie zycze rozkoszy podniebienia w lepszym miejscu. Mnie 1,5 miesiaca w Bali Cafe duzo kosztowalo-i czasu, i nerwow.

    Pozdrawiam

  • bukusea

    Zamówiłam owsiankę na mleku ryżowo-kokosowym z migdałami, cynamonem, laską w wanilii oraz z bananem i świeżo utartym kokosem z dodatkiem cukru palmowego – w zamian dostałam podaną w wysokiej szklance pomarańczę, truskawki i melon przysypane warstewką płatków owsianych polanymi jogurtem naturalnym z cynamonem i miodem. Cynamon się zgadzał, z pozostałych składników na dwa miałam alergię. Przynajmniej kawę mają ok.