Restauracje, lokale i budki. Tanie i drogie. Nowe i tradycją sięgające XIX wieku. Polecane przez najlepszych krytyków oraz nowojorczyków. Wybrałem 10 najlepszych i oceniłem wedle moich kryteriów.

Wcześniej dokończenie tematu Orbit – Jedz, pij, żuj. Kilka tygodni temu pomagaliście wybrać mi odpowiednie zdjęcie na personalizowaną paczkę. Trochę zaskoczyło mnie zainteresowanie tym tekstem, rzadko kiedy 12 tys. odsłon notują codzienne teksty, a co dopiero konkursy.
Wybrałem to, które od blisko trzech lat jest moim znakiem rozpoznawczym na Facebooku.

Moją nową książkę, której premiera nastąpi już w tym w miesiącu, otrzymuje pierwsza osoba, która zaproponowała to zdjęcie w komentarzu na blogu.

Dodatkowo moją poprzednią książkę otrzymują wszystkie osoby, które zaproponowały to zdjęcie w komentarzu na blogu. Nie sprawdziłem, jak wiele takich osób było, ale wysyłka ebooków to chwila moment.
Zwycięzców proszę o maila, a w mailu swojego nicka, godzinę napisania komentarza.

Dziś odebrałem przesyłkę.

DSC09390

DSC09392

DSC09398

10 opakowań po 10 gum każde. Wystarczy mi na parę miesięcy. No, może trochę krócej, bo zawsze biorę pod dwie gumy. To przyzwyczajenie z dawnych czasów, gdy taka ilość była niezbędna do zrobienia balona.

Taką samą paczkę możecie stworzyć sobie sami lub komuś w prezencie na podlinkowanej wyżej stronie.


 

Przechodzimy do tematu głównego. Najlepsze doświadczenia kulinarne w Nowym Jorku. 

 

Spice Market w Meatpacking District

spice market tej

Mieszczą się w Meatpacking District, po sąsiedzku ze słynniejszym Pastis, opisywanym tydzień temu w Najgorszych kulinarnych doświadczeniach w Nowym Jorku.
Znalazłem ich przypadkowo, właściwie to szukałem toalety i trochę cienia, bo słońce mocno dawało tego dnia. Zaskoczyli mnie mocno ale dobrze doprawionym, trochę ciągnącym się mięsem na czterech patykach. Przypominało to tureckie kofte. Niezły sandwicz z kurczakiem w panierce, ale przekombinowali z chlebem, który podpiekli na patelni, zostawiając na nim sporo tłuszczu. Najbardziej oczarował mnie deser – ogromny wafel z bitą śmietaną i bananami, oblanymi karmelem.

Spice Market to jedyne miejsce, które polecam w środkowo-zachodniej części Manhattanu. Doskonały klimat, dobre jedzenie i jedna z najprzyjemniejszych okolic na spacery i zakupy.

PS Napisałem „wafel”, choć to był gofr, tylko nie wiem, czy pisze się „gofr” czy „gofer”, a jestem zbyt leniwy, by sprawdzić to w sieci :)

spice market

spice

spice obok pastis

dobry ten wafel

 

Mezzogiorno w Soho

DSC07119

Miejsce polecane przez przewodnik Michelin, Zagat, zwycięzca kilku plebiscytów w serwisach, których nazw nie zapamiętałem, bo było ich zbyt wiele. Nie zawodzą i jest całkiem prawdopodobne, że po dwóch, trzech posiłkach przyznałbym maksymalną ocenę. Znaleźć ich można na Soho, dzielnicy pełnej pseudoartystów, sieciowych sklepów i ludzi zachowujących się i ubierających, jakby kochali przerost formy nad treścią. Nic dziwnego, że odwiedzałem to tę dzielnicę niemalże codziennie.
W ciągu całego miesiąca nigdzie nie jadłem lepszego spaghetti i lepszego ciasta czekoladowego. Sałatka podana mi na przystawkę zajmowała pierwsze miejsce na mojej liście przebojów do czasu, aż odwiedziłem Lupę, o której zaraz opowiem.
Pisząc te słowa, tęsknię za tym ciastkiem. Chciałbym w Polsce znaleźć jedną restaurację, w której podają tak miękkie, rozpływające się brownie (bo to chyba było brownie).

DSC07082

mezzogiorno

 

Halal Guys w Midtown

halal kolejka

Dziwne miejsce. W ostatniej chwili wyrzuciłem ich z listy najgorszych miejsc, a dziś wrzucam do najlepszych. Pierwszy raz u nich to było jedno wielkie zdziwienie. Najpierw kolejką, chyba najdłuższą, w jakiej stałem w NYC, a następnie smakiem – okropnym. Zaskakująca była też cena, bo wielka micha pełna poszatkowanego mięsa kosztuje 6 dolarów, czyli dziesięciokrotnie mniej niż płaci się za obiad w dobrej restauracji. 
Halal Guys mają swoją wieloletnią historię. Przed tą blaszaną budą, stojącą tuż obok hotelu Hilton, każdego wieczoru ustawiają się kolejki. To jedno z takich miejsc, gdzie osoby w garniturach jedzą to samo, co bezdomni. 
Ich smak doceniłem dopiero za trzecim razem, kiedy po całodniowym spacerze, miałem ochotę przekąsić coś lekkiego przed snem. Jeden z bezdomnych, obok  którego siedziałem na murku i jadłem zdradził mi wielki sekret – to mięso smakuje dopiero, gdy poleje się je sosami. Ostrym i białym (chyba czosnkowym, ale czosnku nie wyczułem). Miał rację. Nie wystawię im oceny, ale to jedno z miejsc, które trzeba odwiedzić.

halal halal-kopia

 

Westville Chelsea w Chelsea

chelsea

Przypadkowe odkrycie. Szedłem sobie alejką, zgłodniałem i postanowiłem wejść do pierwszej lepszej knajpy. Zamówiłem chilaquiles. Cokolwiek to jest, smakowało jak jedno z najlepszych śniadań w NYC.

 

Lombardi’s w Little Italy

LOMBARDIS

Pizzeria, o której pisałem już trzy tygodnie temu, rok temu i trzy lata temu. Zwana przeze mnie najlepszą na świecie. Będąc w Little Italy, trzeba do niej wstąpić, licząc, że kolejka będzie tylko na godzinę stania.

 

Greensquare Tavern przy Flatiron District

greensquare

Bardzo często, gdy robię się głodny, włączam Yelp, ustawiam, by wyszukowało mi najlepiej ocenione restauracje w najbliższej okolicy i wchodzę do tej, która jest najbliżej. Zazwyczaj się rozczarowuję. Greensquare rozczarowało pozytywnie doskonale wypieczonym łososiem. W środku jeszcze żywy, na zewnątrz chrupiący.

 

Ristorante Rafele w West Village

rafello

refello

Uwielbiam takie miejsca. Spokojna ulica, wieczór, 25 stopni ciepła, stolik na zewnątrz. Siedziałem tam dobre 4 godziny. Zaczęli kiepsko, bo na dzień dobry dostałem jakieś marynowane grzybki w oleju, ale potem było już tylko lepiej. Na przystawkę muszelki, do których coraz bardziej się przyzwyczajam, na pierwsze danie papardelle ze wszystkim, co udało się podnieść kucharzowi z podłogi. Pierwsza restauracja, w której nie bano się dać mi twardego makaronu, nie zrobiono zupy z sosu, ale to wciąż jest poziom kuchni przeciętnej polskiej restauracji.

 

P.J. Clarke’s na Upper West Side

pjclarke menu

Po sąsiedzku z „The Smith” opisywanym przeze mnie poprzednim razem. Wszystkie sandwicze w NYC robione są na jedno kopyto. Pieczywo, warstwowo położona wędlina, jakieś warzywo i do widzenia. Ten się wyróżnił, bo kucharz przed skomponowaniem lunchu, zastanowił się, czy to ludziom będzie smakowało i dał trochę więcej warzyw, smaczny bekon, pyszne frytki i chleb, który ani się nie rozpada, ani nie łamie zębów. Szału nie ma, ale chciałem mieć choć jednego sandwicza w zestawieniu i padło na Clarka. To zresztą jedno z tych miejsc, które pamiętają faraonów. Na każdym kroku chwalą się swoją historią, a wyposażenie ma typowy amerykański klimat, znany z filmów.

pjclarke

2013-08-23 13.32.25 HDR

W ramach ciekawostki. Jak się nie znasz i nie pytasz o cenę, to się możesz ładnie naciąć. Ponad 10 dolarów za twardą bułkę z zimną szynką i plasterkiem sera. Ale im mogę wiele wybaczyć, bo to ta sama cukiernia, w której jadłem najlepsze ciacho.

 

Lupa

lupa nyc

Wyższa półka. Była na mojej krótkiej liście obowiązkowych miejsc, polecana przez wszystkich, którzy czują się znawcami, na czele z Bourdainem.
Na przystawkę wziąłem sałatkę i trochę się rozczarowałem, gdy ją zobaczyłem, bo wyglądała na sałatę z jakimś parmezanem. Rozczarowanie przeszło w zachwyt, bo to była najlepsza sałatka, jaką jadłem w swoim życiu, a jadłem już co najmniej pięć lub sześć razy.
Dokopałem się do składników i mamy tam: sałatę(no wiadomo), rukolę, rzodkiewkę, koper, orzechy włoskie, sos winegret i starty „puszysty” ser. Niestety nie wiem jaki. Może mi ktoś z was podpowie, ale raczej nie smakował jak parmezan, mozzarella czy grana padano. 
Na drugie znowu rozczarowanie, bo dostałem małą miskę cienkiego makaronu z martwą owcą. To nie było złe. Ale nie było rewelacyjne, a sam makaron smakował jak jakaś Lubella albo jeszcze gorzej.
Zakochałem się w nich dopiero przy deserze. Kulka lodów, oblana gorącą czekoladą, otoczona kremem orzechowym z bardzo dużą ilością orzechów. Przypatrzyłem się też gościom i trzeba przyznać, że tutejsze potrawy wyglądają pierwszorzędnie. Nie dziwią mnie zatem pochwały i ogromne kolejki. Kucharzy też nie mają przypadkowych. Sprawdziłem na ich stronie. Jeden ma na koncie trzy książki o winach, drugi osiem książek kucharskich. Posadzono mnie przy barze, bo nie było miejsca, ale barman też pierwsza klasa i wszystkim gościom zapewniał swoje towarzystwo krótkimi, zabawnymi rozmowami.
W żadnej innej restauracji nie czułem się tak dobrze, jak w Lupie i jestem prawie przekonany, że jeszcze dwie, trzy wizyty, a zwiększyłbym im ocenę do maksymalnej.

lupa lokal

lupa restauracja lupa

 

Pepolino

pepolino
Wyróżniona dwoma zestawami sztućców przez Michelin, polecana przez Zagat (ciężko znaleźć restaurację, której nie polecają), NY Times. Tutaj zjadłem najlepszego steka, ale trzy gwiazdki świadczą niezbicie, że do zachwytów daleko. Obsługa doskonała, żadnych zastrzeżeń do wyglądu dań, ale wyglądają lepiej niż smakują. Stek był idealnie wypieczony, ale żylasty i zbyt zimny. To kolorowe obok to puree ziemniaczane. Smaczne, ale przekombinowane. I też zimne. A na górnym zdjęciu przystawka. Coś w rodzaju mięsa mielonego, przykrytego serem, zapieczonego i podanego 10 minut po wystygnięciu.
Mimo wszystko miło ich wspominam.

pepelino  


To ostatni tekst w klimatach kulinarnych z Nowego Jorku. Wcześniej czytaliście: Najgorsze doświadczenia Kulinarne NYC, You just need to love chocolate i Kuchnia filmowa – recenzja pełna słodyczy.
Jak widać – szału nie ma. Najlepiej to im chyba wychodzą słodycze. Wśród tych najlepszych nie jest źle, ale też nie udało mi się w żadnym miejscu zakochać bez pamięci. Żadne nie zrobiło na mnie takiego wrażenia, jak lizbońska Cervejaria Ramiro czy rewelacyjna restauracja w belgijskim Radisson w Spa.
Nowy Jork zasłużył u mnie tylko na trzy noty na cztery gwiazdki. Reszta mocna trójka. Z braku finansów nie udało mi się zjeść w „trzygwiazdkowym Michelin”. Dobry obiad kosztuje w takich miejscach ok. 300 dolarów, o ile się nie oszczędza.
Niezbyt wysoki poziom kuchni nowojorskiej wytłumaczył mi jeden z rdzennych mieszkańców tego miasta. Otóż wszędzie zatrudnia się tanią siłę roboczą – azjatów i latynosów. Dosłownie wszędzie. Na każdej kuchni pracują głównie osoby, które o gotowaniu mają średnie pojęcie. Chyba ma rację, trudno wymagać mistrzostwa od kogoś, kto zarabia parę dolarów na godzinę.
Dopóki polscy restauratorzy nie pójdą tym samym śladem, nie będą mileli powodów do kompleksu niższości. Są tak samo doskonale przeciętni, jak Amerykanie.

 

Twój komentarz zostanie skasowany, a twoje konto zablokowane, jeśli jesteś w jakimkolwiek stopniu hejterski, wulgarny, czepialski, pesymistycznie nastawiony do życia i ludzi, zarzucasz mi kryptoreklamę, krytykujesz mnie lub widoczna jest nazwa twojej strony. Wstęp tylko dla ludzi przyjaznych, uśmiechniętych i kulturalnych.

  • Żorż Ponimirski

    Smaczny tekst, lubię takie wpisy :)

  • Karolina Franieczek

    Dla mnie ten „gofer” w pomnożonej ilości. :D

  • Ulcia

    Gofr, nie gofer :)
    Jestem zdziwiona tak niskimi notami niektórych miejsc. Tyle słyszałam i czytałam o ich doskonałości, a tu lipa.

    • almost*normal

      Pewnie dlatego, ze ocena jest subiektywna a i wszystko zalezy od osobnika, czy ten jest wymagajacy. A przeciez nie wszyscy sa, prawda.

  • Battyboy

    A miałem nie jeść po 18.00…

  • Justyna

    Kominku, a co z ludźmi? Niewiele piszesz o ludziach, których poznałeś (o ile poznałeś) w NY, może się mylę, ale jako czytelnik odnoszę wrażenie, że przechadzasz się po ulicach NY niczym po muzeum czy wystawie bez „osoby towarzyszącej”. Że taki trochę sam jesteś. Chciałabym przeczytać tu jakąś soczystą historię z człowiekiem w roli głównej a nie deserem (bo za często wtedy chadzam do kuchni po chleb z masłem). Życzę Ci takiej soczystej i smakowitej historii.

    Pozdrawiam,
    Justyna

  • superlama

    Spice Market – odkryte plecy w czerwonym. Obsługa czy jedno z dań kuchni amerykańskiej?

  • Adam Machaj

    Żarcie wygląda dobrze, ładnie podane itd. ale robi wrażenie bardzo ciężkiego. Duże kawały mięsa, pieczywa i sosy. Jakby nie patrzeć to musi dać efekt ale co tam, można to jakoś przepalić.
    Co do personelu to akurat czy to Azjata, Latynos czy inny Włoch to raczej może wyjść bardziej na plus (szczególnie jeżeli robi dania z kuchni, która jest jego rodzimą). Problemu szukałbym bardziej w rotacji nisko opłacanego personelu a co za tym idzie braku jakiś nawyków, czy nawet podstaw doboru składników czy czasu wypiekania itd.

    Na następną wyprawę polecam Komin w górę i do Chin.

    P.S. U mnie w mieście budują teraz najwyższy wieżowiec na świecie więc uroków NY też tu nie zabraknie.

  • Amatorka

    Little Italy Pizza na rogu 33rd Street and 5th Ave – najlepsza pizza w kawałkach! Byłam tam z moim synem, przez ponad miesiąc każda nasza wycieczka miała finisz właśnie tam !:)

  • marti

    a nie myślałeś chociaż z ciekawości o wejściu do jednej z restauracji Gordona Ramsaya?

  • Kasia

    Spedzilam w Nowym Jorku dwa tygodnie we wrześniu i też dość mocno zawiodłam się kulinarnie, szczególnie na tych „kultowych” miejscach polecanych przez wszystkie przewodniki. Suchy bajgiel z bialym serkiem i kawałkiem łososia w Ross and Daughters to chyba najbardziej rozczarowująca (i najdrozsza) kanapka w moim zyciu.. ;) ale kuchnia azjatycka jest w NYC przepyszna i Chinatown uratowało w moich oczach kulinarna reputację Nowego Jorku ;)

  • AG

    Wracaj już z tego NY bo straszne nudy na blogach.

  • Arielle

    Great post.

    Stop by my blog … coupons

  • maciek

    dla mnie najlepsza pizzeria to „mordownia” przy Bedford Ave. Brooklyn rządzi, a tam Anna Maria Pizza joint :)