Małe poruszenie wywołałem kilka dni temu, gdy przyznałem się na Facebooku, że dopóki nie przeczytałem biografii, nie bardzo wiedziałem kto to jest Ozzy Osbourne.
Owszem, byłem świadom istnienia tego człowieka, ale gdyby zapytano mnie, czego dokonał, nie potrafiłbym powiedzieć, bo ani nigdy nie słuchałem jego muzy, ani jakoś nie miałem okazji oglądać na Mtv „Rodzina Osbourne’ów”. Muzka nigdy nie należała do moich zainteresowań. Słucham wszystkiego, co można zrozumieć, co nie jest czarne, nie śmierdzi techno i nie jest śpiewane przez mężczyzn wyglądających jak kobiety.

Dlatego z nieco mieszanymi uczuciami zgodziłem się przeczytać i zrecenzować książkę, ale wiadomo – darowanemu koniowi i tak dalej.

Sceptyczne nastawienie minęło mi po przeczytaniu pierwszych stron. Dosłownie. Już po kilku kartkach wiedziałem, że mam do czynienia z czymś, co może nie wniesie do mego pustego życia głębi, ale z pewnością mocno rozbawi, bo styl Ozzy’ego to taki Kominek sprzed 4 lat. Wulgaryzmy leją się litrami, opisy rynsztokowego życia bohatera i przerażają i smucą, ale przede wszystkim rozśmieszają.
I tak od niechcenia „Ja, Ozzy” stała się pierwszą książką od bardzo, bardzo dawna, którą przeczytałem w ciągu jednego dnia. 400 bitych stron zleciało mi sam nie wiem kiedy. Nawet na youtube przesłuchałem kilka jego popularniejszych kawałków i ze wszytkim jedynie „Dreamer” jako tako mi się spodobał. Nawet nie wiem czy to aby na pewno jego piosenka, bo trafiłem na nią przypadkiem, w książce chyba o niej nie wspominał.
Reszta to niestety nie jest wciąż mój klimat i jeśli kiedykolwiek dostanę do recenzji jego płytę, z przyjemnością zmieszam ją z błotem.
W każdej książce jest do zdobycia nowa wiedza.
Z książki Ozzy’ego dowiadujemy się, że można przez kilkadziesiąt lat dzień w dzień chlać hektolitry alkoholi, faszerować się co najmniej kilkudziesięcioma tabletkami oraz tonami prochów i nic wam złego się z tego powodu nie stanie. Sam Ozzy otwarcie przyznaje, że nie wie, dlaczego jeszcze żyje, a pomny jego opisów, jak to całymi miesiącami leżał w obsranym i obszczanym pokoju hotelowym, w którym nie robił nic oprócz ćpania, picia i wsuwania pizzy, także jestem pod wrażeniem jego wytrzymałości.
Ponad trzy czwarte książki zajmują wspomnienia z lat ’70 i ’80. Ostatnie 100 stron to ciekawostki z czasów „Rodziny Osbournów”. Można odnieść wrażenie, że jego życie zakończyło się kilkanaście lat temu, bo to co najciekawsze przeżył przed czterdziestką.

Książka jest bardzo równa, nie ma w niej przestojów, dłużyzn, zbędnych opisów. Poznajemy początki jego kariery, sukces „Black Sabath”, następnie karierę solową, życie rodzinne z jedną żoną i potem z drugą żoną, nawiasem mówiąc równie barwną postacią, co on sam. Szczegółowo dowiadujemy się, jak wyglądały najciekawsze trasy koncertowe, relacje z członkami z grupy, a także spotkania z innymi znanymi rockmenami.
Z opisów jego przeżyć jawi nam się obraz mało inteligentnego, momentami wręcz bezdennie głupiego człowieka, który miał więcej szczęścia niż rozumu i gdyby nie prowadzący go za rękę przyjaciele i menadżerowie to do niczego w życu by nie doszedł. Trzeba mu oddać, że jak na autobiografię przystało nie stroni od wulgarnie ekshibicjonistycznych opisów. Nie ma litości ani dla siebie, ani dla przyjaciół i bez pardonu wyraża się o tych, którzy nadępnęli mu na odcisk. Także samemu sobie ma wiele do zarzucenia, ale trudno, aby było inaczej, skoro swego czasu i zabijał zwierzęta odgryzając im łby, strzelając z dubeltówki, bijąc żony oraz psychicznie i fizycznie krzywdząc ludzi wokół siebie.
Ozzy był draniem jakich mało, ale trudno go nie lubić. Spomiędzy oparów wódy i koki wyłania nam się obraz człowieka nieszczęśliwego w swym szczęściu, niepotrafiącego poradzić sobie z nałogami, cierpiącego i wrażliwego na krzywdę innych. Schizofrenikiem jednak nie był, raczej 6 krzyżyk na karku oraz klimat autobiografii przysłużył mu się do zrobienia rachunku sumienia i oddzielenia dzisiejszego statecznego Ozzy’ego od idioty sprzed 30 lat.

Gdybym miał sie do czegoś przyczepić, to tylko do tego, że od chwili ślubu z obecną żoną skończyły się opisy jego seksualnych podbojów, które rozbawiały do łez. Jakoś trudno mi uwierzyć w jego wierność, raczej nie chciał kompromitować kobiety, która sporo pomogła mu przy tworzeniu autobiografii. To jednak tylko szczegół, bo 400 stron autobiografii Ozzy’ego to jazda bez trzymanki, którą stanowczo polecam każdemu, kto lubi pośmiać się z głupoty.

OCENA: 5/6

Twój komentarz zostanie skasowany, a twoje konto zablokowane, jeśli jesteś w jakimkolwiek stopniu hejterski, wulgarny, czepialski, pesymistycznie nastawiony do życia i ludzi, zarzucasz mi kryptoreklamę, krytykujesz mnie lub widoczna jest nazwa twojej strony. Wstęp tylko dla ludzi przyjaznych, uśmiechniętych i kulturalnych.

  • Skazana16

    Owszem, „Dreamer” jest jego utworem. Jeżeli podobało się samemu Kominkowi, to niezła zachęta do przeczytania biografii :)

  • OlaZPrzedszkola

    Absolutnie zgadzam się z każdym słowem; mnie też zawiódł brak seksualnych opisów po ślubie, bo były naprawdę zabawne. Ale to nietrudno zrozumieć, darował to sobie ze względu na Sharon i zachował się jak facet powinien. Tym bardziej, że dalej przyznał szczerze, że nieraz skrzywdził ją swoją zdradą i żałuje… Ja też polecam- przy tej autobiografii inne wyidealizowane obrazki celebrytów chowają się i to głęboko z głową w piasku. Poczucie humoru i dystans do siebie, do własnego dorobku. Do odreagowania na zły dzień :)

  • http://www.facebook.com/profile.php?id=100000830145538 Krzysztof Rojek

    Czas na czepialstwo: „Black Sabbath” :)